Patrzysz na wiadomości znalezione dla hasła: karolina-pochodzenie słowa
·
........ależ Snajperze :) Gość portalu: snajper napisał(a):
> Gość portalu: tete napisał(a): > > > Mesiem wprawiłeś mnie w zdenerwowanie. Myślałam, że to zwierz domowy lub i > nny > > lecz udomowiony. Spodziewałam się (znając orderowość i pierścienie) jakiej > ś > > pumy przekornie zwanej "mesio" .... okazuje się, że to samochód. > > Widać, że nie oglądałaś pierwszej edycji BB. To z tamtego programu to > określenie pochodzi. To jest tekst Karoliny, słodkiej blondynki, której > zainteresowania sprowadzały się do panów z Mesiami. > > Pozdrawiam.
Karolina nie była blondynką, słowo mesio jest w powszechnym użyciu, natomiast co do konsumpcji karpi po 200 000 $ sztuka mam takie zdanie jak ty,
pozdrawiam
Hiacynt
ps. próbuję mój nowy login, hiacynth, nie wiem, co by tu napisać, żeby było wiadomo, że ja to ja. Ciemna strona coraz ciemniejsza - nie uważasz?
|
Będą kolejni nowi inwestorzy w Dzierżoniowie! Nowy inwestor w dzierżoniowskiej podstrefie Wałbrzyskiej SSE.
Miejscowi bezrobotni zacierają ręce. Dopiero co informowaliśmy o nowej firmie, która chce inwestować w podstrefie - Aalberts Industries, która zatrudni ponad 100 ludzi i o Metzlerze, który da pracę 470 osobom. Tymczasem do władz Dzierżoniowa zgłosił się kolejny, nowy inwestor. Na razie wiadomo jedynie, że firma pochodzi z USA i będzie produkować podzespoły. Ma zatrudnić co najmniej 100 osób. Jej przedstawiciele podpisali już wstępne porozumienie z burmistrzem Dzierżoniowa. - Firma jest poważnie zainteresowana inwestycją, bo przygotowuje już projekt zagospodarowania terenu - mówi Marek Piorun, burmistrz Dzierżoniowa. Wiadomo, że Amerykanie chcą kupić ponad 10 hektarów. Ostateczna decyzja ma zapaść 10 czerwca. Jeżeli rząd wyrazi zgodę, to na przełomie czerwca i lipca rozpocznie się budowa zakładu.
Jak się dowiedzieliśmy, włądze Dzierżoniowa prowadzą jeszcze rozmowy z czteroma potencjalnymi inwestorami. Kiedy mogą się one zakończyć? - To trudno przewidzieć - mówi burmistrz Piorun. - Z Amerykanami rozmawialiśmy od maja.
W dzierżoniowskiej podstrefie zostało już niewiele wolnego miejsca. Miasto myśli więc o jej rozszerzeniu o kolejne 30 hektarów.
Karolina Osińska - Gazeta Wrocławska / Słowo Polskie
|
Z tym Twoim imieniem to wcale nie taka prosta sprawa chyba za bardzo kombinuje znowu ale : "Charakterystyka imienia Kaja Jest to imię żeńskie o niejasnym pochodzeniu. Może pochodzić od zdrobnienia imienia Katarzyna typowego w językach skandynawskich lub też wywodzić się ze staronordyckiego słowa Kada, które znaczy kura, wreszcie może być też żeńską wersją łacińskiego imienia Kajus." A są jeszcze imiona: Kaliksta Kalina Kallina Kamila Karina Karolina Katarzyna Kazimiera
Więc sama widzisz hmmm to WCALE nie jest proste :)
> Sprytnie, sprytnie .... ("jesli nie ma kto ...")
No próbuję z włosem i pod włos i jakoś mi nie wychodzi ;) Ale ale jeszcze przyjdzie czas a sama mi sie rzucisz w ramiona :))) Jeszcze tydzień może dwa :) ponieważ widzę tu bardzo zauważalną logikę a mianowicie biorąc pod uwagę teorię pewnego pana że nic w przyrodzie nie ginie to porzucając jeden nałóg nieświadomie zostajesz powoli uzależniana od nastęnego nałogu (czyli mnie) :) Ha jednak ten weekend pozwolił odpocząć moim szarym komórkom i teraz one popisują się stwarzaniem całkiem nowych i ciekawych teorii.
> Raczej bardzo niebezpieczne ...
Jedyne co jest we mnie bardzo niebezpieczne to strach przed porwaniem przez wiatr poprzez moje cieniutkie rączki i nóżki. I gdyby nie mój mięsień piwny to kto wie czy nie musiłbym chodzić w jesienne wieczory z cegłami w kieszeni :)
|
"połączyć w jedną całość" + szyk zaimka "się" Poniżej dwa zdania wyjątkowej urody, które pochodzą z komentarza prasowego, opublikowanego we wczorajszym numerze GW.
Przesyłam ku przestrodze, dziękując Karolinie za użyczenie mi swojego konta.
Marcin
(...)
W sobotę w nacjonalistyczny bęben uderzyła Francja: [rzecznik?] rządu ogłosił, że koncerny Gaz de France i Suez zostaną połączone w jedną całość.
(...)
Francuski premier Dominique de Villepin ani słowem nie zająknął się, co Francuzi zyskają dzięki fuzji Sueza z GdF.
Źródło: Nacjonalizm wygrywa z rynkiem - felieton Konrada Niklewicza (Gazeta Wyborcza z 27 lutego 2006 roku)
|
Przeczytałeś już tekst prof. Jędrzejczaka ? Moje informacje pochodzą od bliskich mi osób mieszkających w USA. To raczej Ty „tak coś piszesz” co słyszałeś od ludzi typu Gadomski. Niedawno czytałem tekst właśnie amerykańskiej publicystki „Zasada zysku przeciw zdrowiu” polecam www.krytykapolityczna.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=2131&Itemid=1bądź realistą, zejdź na ziemię i podaruj sobie porównanie ze Szwajcarią to nie ta liga. Nie odpowiadasz na mój post tylko zaczynasz „z innej beczki”, wiem że nie masz wyjścia, ale ja będę nadal drążyć ten temat. Zadam pytanie: czy uważasz tak samo jak doktor Reddy z Pd. Karoliny„Po prostu pacjent - przytacza jego słowa „Los Angeles Times" - zasługuje tylko na taką opiekę, na jaką go stać", czy może masz inne zdanie ?
|
Ktoś cię źle poinformował. Zatrzęsłam się z przerażeni czytając ten post po czym sięgnęłam do w/w Strażnicy i ...nic. Werset na który się powołujesz nie jest tam w ogóle wyjaśniany. Poszłam dalej: Strażnica z 15 czerwca i ta najnowsza, z 1 lipca- nie ma o tym ani słowa. To chyba kolejna bzdura podsycająca wroość i brak zaufania do prawd biblijnych, które głosimy. Ale skoro już mowa o korygowaniu pewnych przekonań- tak się, owszem, zdarza i wynika to z faktu, że w przeciwieństwie do większości wyznań nie przypisujemy sobie monopolu na PRAWIDŁOWE i PEŁNE rozumienie prawdy PRZEZ CAŁY CZAS. Jesteśmy ludźmi, i możemy coś błędnie pojmować, ale zgodnie z wesetem z księgi przysłow "Światło prawdy świeci coraz jaśniej aż nastanie pełny dzień" (sorry, cytuję z pamięci, więc się dosłownie może nie zgadzać). Chodzi o to, że coraz lepiej rozumiemy głębsze zagadnienia biblijne w miarę upływu czasu, bo Bóg ma na wszystko wyznaczoną porę, a czsem nadmiar wiedzy jest dla człowieka nie do udźwignięcia (stąd też stwierdzenie Jezusa do uczniów: "Mam wam jeszcze wiele do powiedzenia, ale w tej chwili nie możecie tego znieść"- znowu z pamięci więc nie podam dokładnych namiarów na werset, piszę w kafejce). Poza tym cały czs się uczymy. Więc kiedy dochodzimy do nowego zrozumienia jakiegoś faktu pokora, skromność i uczciwość nakazuje przyznać się do pomyłki i publicznie to skorygować. To tyle w tym temacie, może odezwę się jeszcze, jeśli chodzi o datowanie pochodzenia człowieka. Pozdrawiam, Karolina
|
Jankeskie zaułki... Jankeskie zaułki...
Zaczne moze tak, od sparafrazowania pewnego slynnego poczatku – moze nie tak slawnego, jak „Ogary poszly w las” czy „Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia”, ale prawie tak slawnego: Witajcie, No więc, powiem szczerze a krótko - pośrednio winą (lub zasługą) za Jankeskie Zaułki obarczyć należy Cat_sa... W jankeskich zaułkach tematem przewodnim ma byc, generalnie, Obczyzna, i wszystko, co z nia zwiazane. Poniewaz aktualnie przebywam w kraju, o ktorego wolnosc bili sie miedzy innymi Pulaski i Kosciuszko, stad tytul przewodni – jednak namawiam, by sie nim nie sugerowac zanadto i umieszczac watki dotyczace Obczyzny we wszelkiej postaci i dotyczace kazdego czasu.
Na mnie, jako zalozycielowi spoczywa obowiazek rozpoczecia („na kazdym zebraniu jest taki moment...itd.). Niniejszym rozpoczynam...
Moj pierwszy (bezposredni) kontakt ze Stanami datuje sie na rok 1997. Wiedza moja o Ameryce byla raczej standardowa – dumni, acz nieco zadzierajacy nosa cowboye, brak obycia, zerowa wiedza ogolna, slowem: kraj pop-kultury i Mc Donalda. Z drugiej jednak strony – Armstrong (wlasciwie dwoch :)), Edison, Twain, Stanford...zeby wymienic w kolejnosci alfabetycznej, wybierajac przy tym przedstawicieli kompletnie roznych profesji... Zawsze mnie to fascynowalo, ta dwoistosc Ameryki, czy, zeby uscislic, USA – zaryzykowalbym nawet twierdzenie, ze jest to dwoistosc jedyna w swoim rodzaju. Nigdzie indziej chyba to, co nazywamy kultura wyzsza, nie wspoistnieje w tak pokojowy sposob z ta nizsza, dajac efekt jedyny w swoim rodzaju – supermocarstwa, ktore nie moze sobie poradzic z plaga otylosci wlasnych obywateli. Oczywiscie trudno mnie, z perspektywy mrowki, wyciagac sady w skali makro, ale napisze to jeszcze raz: ten slynny melting pot, ten tygiel, w ktorym mieszaja sie ludzie roznego pochodzenia, roznych kultur, religii i wyksztalcenia, fascynowal mnie od zawsze, i odegral jakas tam role w decyzji przybycia na Nowy Kontynent i obejrzenia go z wlasnej perspektywy. Jak napisalem wyzej, moj pierwszy kontakt to byly trzy miesiace na banalnym wyjezdzie studenckim z programu Work and Travel. Wtedy byl to pomysl na zobaczenie kawalka swiata nie wydajac na to za duzo pieniedzy, (faktycznie, wyszedlem gdzies na zero.). Wyjechalem i trafilem na pogranicze trzech stanow: Tennessee, Polnocnej Karoliny i Georgii. Zdecydowalem sie, jeszcze w Polsce, na prace w Mc Donaldzie - czyz moze byc lepsze miejsce na spojrzenie pod podszewke USA, jak fizyczna praca w tej „restauracji” ? No dobrze, dorabiam troche teorii, wzialem (wraz z trojka znajomych) to, co sie nam nawinelo...ale trafilismy wybornie...cd. w watku ponizszym...
|
12 maja 2008 roku w restauracji „Wiśniowy Sad” w Rudzie Śląskiej – Halembie odbyło się już czwarte spotkanie pod nazwą IV Zeflug Pszocieli Fraszki i Rymowanki dla tych, którzy pochodzą z poza naszego regionu pozwolę sobie przetłumaczyć, że to było spotkanie „Przyjacieli Fraszki i Rymowanki” czyli osób, które same tworzą różnego rodzaju drobne formy literackie oraz przez różne FORA internetowe propagują tworzenie wierszy czy fraszek z dużym naciskiem na tworzenie ich naszą piękną ale niestety zanikającą, zwłaszcza w młodszym pokoleniu gwarą. Bo o ile godać to jeszcze umiymy, wiymy jak nom ciynżko szło pisanie. A jak mieliśmy okazję się przekonać w formie wiersza czy fraszki możemy przekazać wszystko. W ten sposób możemy przekazywać pewne dane historyczne, możemy walczyć z czymś, co nam się nie podoba, przekazywać swoje emocje i te pozytywne i te negatywne. Albo po prostu na różnie sposoby bawić się słowem. A bawić się możemy poprzez satyrę, poprzez układanie szarad czy po prostu układając fraszki. Wszak pamiętamy, że najwięksi poeci również zabawiali się taką formą literacką. Bo zarówno Mikołaj Rej jak i Jan Kochanowski nie pogardzali pisaniem fraszek. Ale to wczorajsze spotkanie nie było tylko spotkaniem przeznaczonym dla forumowiczów, spotkaniu towarzyszyła ważniejsza impreza mająca większe znaczenie dla Rudy Śląskiej a także dla całego Śląska. Imprezą tą było wręczenie nagród osobom najpierw nominowanym a później w jawnym głosowaniu wybieranym poprzez portale internetowe i w końcu wybranym do Nagrody „Notgelda Śląskiego”. Osób nominowanych było więcej, ale ja skupię się tylko a tych, które zostały wyróżnione tym zaszczytnym tytułem. Pozwolę sobie przedstawić laureatów w porządku alfabetycznym: Nagrodzeni „Notgeldem Śląskim” Karolina Grzejdziak – założycielka Młodzieżowego Klubu Pomocy „Alternatywa” , muszę tutaj dodać, że dzisiaj rzadko młodzież podejmuje się takiego wezwania Maciej Makula – z wykształcenia prawnik, poświęcający jednak swój czas na pomaganie ofiarom przestępstw. Dodatkowo miłośnik Transportu Kolejowego i Tramwajowego, czyli jednym słowem człowiek z pasją. Ludwik Poloczek – wieloletni vice prezes Związku Górnośląskiego – koło Halemba, również człowiek z pasją Danuta Skowronek – prowadząca Koło Turystyczne przy Uniwersytecie Trzeciego Wieku w Rudzie Śląskiej, osoba, dla której jestem pełna podziwu, gdyż potrafiła swoją własną pasją zarazić innych. Bronisław Wątroba – gdybym chciała o nim opowiedzieć brakłoby mi kartki a więc nie powiem nic. Bo i tak wszyscy wiedzą co ja bym mogła o nim powiedzieć Nie sposób tutaj również wspomnieć o jednej osobie, która od lat umożliwia takie i wiele innych spotkań przy kawie i czymś więcej, a więc Pani Danucie Szołtysek – właścicielce „Wiśniowego Sadu”, która niestety nie mogła być z nami obecna. I chociaż komuś to wyróżnienie wyda się raczej symboliczne, bo takie było to ważne jest i dla nas i dla wszystkich osób zarówno nominowanych jak i tych nagrodzonych, że inni ludzie zauważają tę ich pracę i widzą – tutaj nie byłabym sobą, gdybym nie użyła pewnego zwrotu który dwadzieścia lat temu przyjął się w moim klubie jeździeckim i przetrwał przez te wszystkie lata. A więc witajcie państwo i ci nominowani a także ci wygrani w gronie: „LUDZI, KTÓRZY DOBRZE CZYNIĄ”
|
Student z Przemyśla pocięty nożem miasta.gazeta.pl/krakow/1,35798,5997810,Student_pocial_kolege_nozem_na_UJ.htmlCzwartek, tuż przed godz. 14. W czytelni Wydziału Prawa i Administracji przy ul. Olszewskiego kilkunastu studentów w skupieniu wertuje akademickie podręczniki. W drzwiach staje młody mężczyzna. Podchodzi do studenta II roku. Nagle wyjmuje bagnet i zadaje mu cios w okolice karku. Zaatakowany próbuje się osłonić ręką. Pada kolejny cios. - Wszystko rozegrało się błyskawicznie. Usłyszałem hałas i zobaczyłem chłopaka osuwającego się na ziemię. Za nim stał młody człowiek z bagnetem w dłoni. Nie padło ani jedno słowo, nie było żadnej sprzeczki. Rzuciliśmy się do ucieczki, ktoś wezwał policję, parę osób wzięło pod ręce zranionego studenta - relacjonuje Michał, świadek zdarzenia. Pracownicy biblioteki zamknęli elektronicznie drzwi do czytelni. Napastnik został w środku z kilkoma studentami, którzy nie zdążyli uciec. - Obserwowaliśmy go przez szyby. Siadł na krześle z nożem położonym na podłodze i spokojnie czekał. To wyglądało jak scena z filmu - opowiadali inni studenci. Pierwsza do sali weszła ochrona uniwersytecka, kilka minut później policja, która wyprowadziła napastnika. Wiadomo, że to student III roku Wydziału Prawa. Pochodzi ze Śląska. - Na razie nie znamy motywu tego ataku - mówi Katarzyna Cisło z biura prasowego małopolskiej policji. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że sprawca prawdopodobnie nie chciał zeznawać. Niewykluczone, że atak był wynikiem złamania nerwowego. - Znam chłopaka, który został dźgnięty nożem. To spokojna osoba i na pewno nie znali się ze sprawcą - mówi Hubert, student prawa. Ranny student ( pochodzi z Przemyśla) trafił do szpitala na Wrocławskiej z ranami ciętymi szyi i ręki. To pierwszy taki incydent na krakowskiej uczelni. Środowisko akademickie było wczoraj zszokowane zajściem w czytelni. Dotychczas bowiem ataki z użyciem noża kojarzyły się tylko z porachunkami pseudokibiców. - Studenci są wystraszeni i zdezorientowani, bo wciąż nie wiemy, jaki był motyw działania napastnika - komentuje Natalia Rutkowska, szefowa wydziałowej rady samorządu studentów WPiA. - Nikomu nie przyszłoby do głowy, że coś takiego może wydarzyć w uczelnianej czytelni! Nie miałabym nic przeciwko, żeby uczelnia założyła metalowe bramki przed wejściem - podkreśla Karolina, wskazując na plamę krwi na korytarzu. Katarzyna Pilitowska, rzeczniczka UJ: - Rektor po zapoznaniu się ze sprawą zawiesi napastnika w prawach studenta i skieruje wniosek o wszczęcie postępowania dyscyplinarnego.
|
Gość portalu: nicelus napisał(a): > nie dość, że dowcip głupi, bo ludzie nomenklatury teraz nazywają < się demokratami, to nie na temat, bo karolina napisała o sb, > a nie nomenklaturze. Gość portalu: login_t napisał(a): > Żytkowski chciał być sekretarzem gminnym PZPR.
Widząc, że nocelus oraz tlogin nie zrozumieli dowcipu i nie chcąc (bo spolegliwy ze mnie człek),żeby zbytnio odstawali od inteligentnego towarzystwa, bywającego na tym forum, muszę łopatologicznie wytłumaczyć im, o co właściwie biega. Niestety, nie w krótkich żołnierskich słowach, bo tak się nie da.
W przytoczonym dowcipie znajdujemy skrótowy opis sytuacji, która wielokrotnie powtarzała się w dziejach ludzkości i zapewne jeszcze nie raz zdarzy. Istnieją ludzie (których określmy jako X), zajmujący stanowiska z różnych powodów (np. ze względu na wysokość płac, prestiż itp.) uważane za intratne. Są też osoby (nazwijmy je Y) do tych stanowisk aspirujące, bo pożądające wiążących się z nimi apanaży.
Ponieważ liczba stanowisk jest ograniczona, jedynym sposobem osiągnięcia celów Y jest wysłanie X na tzw. zieloną trawkę. Nie jest to jednak takie proste, gdyż X zwykle posiadają odpowiednie kwalifikacje, to jest wykształcenie, doświadczenie i dorobek. Czyli po prostu się nadają.
Y tych atutów niestety nie posiadają, a nie mogą tak po prostu zażądać, żeby wywalić X tylko po to, żeby zrobić im miejsce, bo takie żądanie nie zyskałoby społecznej akceptacji. Muszą więc dorobić ideologię, zawierającą najlepiej dwa człony, choć czasem wystarcza jeden: 1* przyczyny, dla których X powinno się pozbawić stanowisk, 2* powody, dla których warto powierzyć je Y.
Mechanizm ten, jako rzekłem na początku, jest ponadczasowy i ponadustrojowy. Przed wojną wyrazistą grupę Y stanowili legioniści, najlepiej z I Brygady, co bardzo fajnie opisał m.in. Dołęga-Mostowicz. W pierwszych latach PRL wystarczającym powodem zaliczenia do X było 'niewłaściwe' pochodzenie klasowe, dlatego dawny ziemianin wylatywał z trzaskiem ze stanowiska dyrektora PGR, by zrobić miejsce potomkowi fornala. Zaraz po 1989 - jak w dowcipie - z intratnych stanowisk wywalano ludzi tylko dlatego, że objęli je w warunkach funkcjonowania nomenklatury. Ygrekami byli oczywiście ludzie reprezentujący etos styropianowy. Obecnie sytuacja jest bardziej złożona: do X zaliczani są in gremio komuchy, a zwłaszcza bezpieczniacy, ale też okresowo dawne solidaruchy (lub ci, którzy się za nich podają), jeśli tylko da się ich zaliczyć do tzw. opcji, która przegrała ostatnie wybory - a tu dobrym przykładem jest Korolewicz wywalony z rady nadzorczej KSSSE. Y są oczywiście ci, co mieli fart wybory wygrać.
Oczywiście X usiłują bronic się stosując mimikrę, co słusznie zauważył zgryźliwy nocnicellus i czasem im się udaje.
To co napisałem dotąd, jest raczej smutne, macie więc pełne prawo zapytać - gdzie tu dowcip? No to odpowiadam: polega on otóż na obnażeniu hipokryzji Y, którzy swoje bardzo przyziemne, osobiste dążenia opakowują w podniosłą ideologię.
W poscie dyskretnej Karoliny jest ona, ta hipokryzja, nader czytelna, zarówno w tym fragmencie, gdzie pisze o "zajmowaniu miejsca młodym, wykształconym ludziom", jak i tam, gdzie domaga się przeglądu kadrowego w magistracie oraz instytucjach państwowym nie pod kątem, jak kto pracuje i jakie osiąga wyniki, lecz kto jest kto.
I na koniec: proszę sobie Żytkowskim gąb nie wycierać, bo akurat on zupełnie nie pasuje do omawianego mechanizmu. Został senatorem, ale po zakończeniu kadencji nie domagał się stanowiska np. prezesa sądu czy prokuratora okręgowego, lecz podjął pracę w swoim zawodzie jako adwokat, a potem założył własną kancelarię. O ile wiem, całkiem dobrze prosperuje i ma głęboko w nosie gorzowskie bagienko polityczne.
|
Mickiewiczowscy Jankiele w Australii he i co wy nato? www.azpolonia.com/php/article.php?azplg=pl&article_id=40831 maja 2008 roku zmarła w Melbourne i następnego dnia została tu pochowana Barbara Karolina Schenkel – jeden z ostanich Mohikanów: zasłużonych Polaków pochodzenia żydowskiego. Była Mickiewiczowskim Jankielem, o którym Adam Mickiewicz pisał w „Panu Tadeuszu”: Żyd poczciwy ojczyznę (Polskę – M.K.) jako Polak kochał. W 1994 roku Barbara Schenkel zagrała w krótkometrażoym filmie pod polskim tytułem “Babcia”. Schenkel zagrała główną rolę – rolę babci, w przeszłości aktorki cyrkowej, która wspólnie z wnuczką Kasią żyje w wyimaginowanym przez nie zaczarowanym i magicznym świecie. Babcia planuje powrót do Polski wraz z Kasią. Jednak z przyczyn niezależnych od Babci wyjazd nie dochodzi do skutku, a przez to dziecięcy świat fantazji Kasi pęka jak bańka mydlana. Film wyprodukowała wiktoriańska stanowa wytwórnia VCA, a jego reżyserem była Anezka Novak, autorka również scenariusza. Oprócz Barbary Schenkel w filmie wystąpiło dwóch innych Polaków: Dariusz Buchowiecki i Martyna Krawczyk oraz Jenneta Mostovoy, Kim Czubruj, Georgina Naidu i Katie Miscevic. Przyjrzyjmy się bliżej życiorysom niektórych z tych polskich Jankielów w Australii. I tak pochodzący również ze Lwowa dr Zygfryd Atlas (ur. 1920) z Melbourne, który był lekarzem w 2 Korpusie Polskim gen. Władysława Andersa, podczas australijskiego Święta Żołnierza (25 kwietnia) zawsze przez wiele lat maszerował w grupie polskich kombatantów. Pochodzący z Krakowa Leon Holzer (1889-1972) ... Warszawiak Dawid Landau „Dudek” (1920-1996) ... Feliks Pisarewski-Parry (ur. 1913), także warszawiak, w czasie okupacji niemieckiej Polski od początku 1940 roku działał w oddziałach łączności Związku Walki Zbrojnej, później przy Delegaturze Rządu (londyńskiego) na Kraj. Następnie był oficerem Armii Krajowej wykonując rozmaite, niekiedy bardzo ryzykowne funkcje na terenie Warszawy i Podkarpacia. Aresztowany przez gestapo spędził rok na Pawiaku, skąd został odbity w brawurowej akcji Armii Krajowej. Odznaczony Krzyżem Walecznych. Po wojnie wyjechał wraz z rodziną do Australii (Sydney), gdzie zajmował się rafinacją złota. W 1984 roku wydał w Warszawie swoje wspomnienia poświęcone latom okupacji w Polsce pt. „Orły i reszki”. Powróćmy jeszcze raz do osoby pochodzącego z Warszawy Stanisława Robego (1908-1996), australijskiego literata, krytyka literackiego i tłumacza, który do Australii przybył wraz z rodzicami już w 1926 roku. W książce „The Jews in Victoria 1835-1985” (Żydzi w Wiktorii 1835-1985, Sydney 1985), którą znalazłem przypadkowo w bibliotece Victorian University of Technology, jest wydrukowany m.in. fragment wspomnień Robego z pierwszych lat pobytu w Melbourne. Pisze, że kiedy przyjechał z rodzicami do Australii nie znali angielskiego więc nie czytali prasy i książek, nie mieli radioodbiornika, no i oczywiście nie było wówczas jeszcze telewizji. Cóż więc robili w wolne od pracy niedziele? Robe pisze, że po obiedzie, dla rozrywki, wszyscy śpiewali... polskie piosenki. Robe do końca życia mówił poprawną polszczyzną. W latach 50. XX w. w Melbourne współpracował z „Głosem Polskim” i Polskim Kołem Kulturalno-Artystycznym, w 1980 roku był kierownikiem polskiego programu radia etnicznego 3EA w Melbourne. Opracował i wydał bardzo cenną publikację – bibliografię polskich prac o Australii i Polaków mieszkających w Australii „The Poles and Australia: bibliographical record 1775-1980” (Melbourne 1986) oraz przetłumaczył na język angielski wspomnienia z Australii Seweryna Korzelińskiego z połowy XIX w. – „Memoirs of Gold-Digging in Australia (Brisbane 1979) oraz niektóre utwory sceniczne Stefana Mrowińskiego. ... No i na koniec słów kilka o bodajże najbardziej zasłużonym polskim Jankielu w Australii – Gwidonie Boruckim, aktorze i śpiewaku. Urodził się w Karkowie w 1912 roku i nie tylko że zdrowie ciągle mu dopisuje, ale jest nadal aktywny na polu artystycznym, pomimo swoich 96 lat. ... Odchodzą w zaświaty Mickiewiczowscy Jankiele w Australii. Jednak pamięć o nich, o ich zasługach dla Polski, Polaków i kultury polskiej nigdy nie powinna być zapomniana. Między innymi właśnie na ich i innych nieetnicznych Polakach patriotyzmie polskim powinna uczyć się patriotyzmu współczesna młodzież polska, często zagubiona w dzisiejszym zmaterializowanym i bezideologicznym świecie. Marian Kałuski
|
Poiwedzmy, że reportaż z Rudy Śląskiej 12 maja 2008 roku w restauracji „Wiśniowy Sad” w Rudzie Śląskiej – Halembie odbyło się już czwarte spotkanie pod nazwą IV Zeflug Pszocieli Fraszki i Rymowanki dla tych, którzy pochodzą z poza naszego regionu pozwolę sobie przetłumaczyć, że to było spotkanie „Przyjacieli Fraszki i Rymowanki” czyli osób, które same tworzą różnego rodzaju drobne formy literackie oraz przez różne FORA internetowe propagują tworzenie wierszy czy fraszek z dużym naciskiem na tworzenie ich naszą piękną ale niestety zanikającą, zwłaszcza w młodszym pokoleniu gwarą. Bo o ile godać to jeszcze umiymy, wiymy jak nom ciynżko szło pisanie. A jak mieliśmy okazję się przekonać w formie wiersza czy fraszki możemy przekazać wszystko. W ten sposób możemy przekazywać pewne dane historyczne, możemy walczyć z czymś, co nam się nie podoba, przekazywać swoje emocje i te pozytywne i te negatywne. Albo po prostu na różnie sposoby bawić się słowem. A bawić się możemy poprzez satyrę, poprzez układanie szarad czy po prostu układając fraszki. Wszak pamiętamy, że najwięksi poeci również zabawiali się taką formą literacką. Bo zarówno Mikołaj Rej jak i Jan Kochanowski nie pogardzali pisaniem fraszek. Ale to wczorajsze spotkanie nie było tylko spotkaniem przeznaczonym dla forumowiczów, spotkaniu towarzyszyła ważniejsza impreza mająca większe znaczenie dla Rudy Śląskiej a także dla całego Śląska. Imprezą tą było wręczenie nagród osobom najpierw nominowanym a później w jawnym głosowaniu wybieranym poprzez portale internetowe i w końcu wybranym do Nagrody „Notgelda Śląskiego”. Osób nominowanych było więcej, ale ja skupię się tylko a tych, które zostały wyróżnione tym zaszczytnym tytułem. Pozwolę sobie przedstawić laureatów w porządku alfabetycznym: Nagrodzeni „Notgeldem Śląskim” Karolina Grzejdziak – założycielka Młodzieżowego Klubu Pomocy „Alternatywa” , muszę tutaj dodać, że dzisiaj rzadko młodzież podejmuje się takiego wezwania Maciej Makula – z wykształcenia prawnik, poświęcający jednak swój czas na pomaganie ofiarom przestępstw. Dodatkowo miłośnik Transportu Kolejowego i Tramwajowego, czyli jednym słowem człowiek z pasją. Ludwik Poloczek – wieloletni vice prezes Związku Górnośląskiego – koło Halemba, również człowiek z pasją Danuta Skowronek – prowadząca Koło Turystyczne przy Uniwersytecie Trzeciego Wieku w Rudzie Śląskiej, osoba, dla której jestem pełna podziwu, gdyż potrafiła swoją własną pasją zarazić innych. Bronisław Wątroba – gdybym chciała o nim opowiedzieć brakłoby mi kartki a więc nie powiem nic. Bo i tak wszyscy wiedzą co ja bym mogła o nim powiedzieć Nie sposób tutaj również wspomnieć o jednej osobie, która od lat umożliwia takie i wiele innych spotkań przy kawie i czymś więcej, a więc Pani Danucie Szołtysek – właścicielce „Wiśniowego Sadu”, która niestety nie mogła być z nami obecna. I chociaż komuś to wyróżnienie wyda się raczej symboliczne, bo takie było to ważne jest i dla nas i dla wszystkich osób zarówno nominowanych jak i tych nagrodzonych, że inni ludzie zauważają tę ich pracę i widzą – tutaj nie byłabym sobą, gdybym nie użyła pewnego zwrotu który dwadzieścia lat temu przyjął się w moim klubie jeździeckim i przetrwał przez te wszystkie lata. A więc witajcie państwo i ci nominowani a także ci wygrani w gronie: „LUDZI, KTÓRZY DOBRZE CZYNIĄ”
|
undocumented.alien Ty durniu he.he.he
Natury nie da się oszukać
Anka, 31 lat, polonistka z wykształcenia, przez 6 lat mieszkała w Londynie, pół roku temu wróciła do Polski: - Nie mam problemów z posługiwaniem się literacką polszczyzną. Z racji wykształcenia jestem wyczulona na językowe koszmarki i nigdy nie powiedziałabym, że mój samochód stoi na kornerze (czyli na rogu ulicy). A jednak po powrocie do Polski przekonałam się, że i do mojego języka na stałe wkradły się angielskie słowa, które bardzo trudno było mi zastąpić polskimi odpowiednikami. O ileż lepiej brzmi bizi (busy) niż jestem zajęta. Dobra zabawa nie może nawet równać się z fanem (fun), kesz (cash) jest mniej oficjalny od gotówki, a trawelka (travel card) zdecydowanie łatwiejsza do wymówienia niż bilet wielokrotnego przejazdu. Wczoraj podczas rozmowy z przyjaciółką, która została po tamtej stronie kanału La Manche zupełnie nie zdziwiłam się, kiedy powiedziała: "Wzięłam kesz za ołwertajmy, biorę jutro offa i idę na szoping" (dostałam gotówkę za nadgodziny, biorę jutro dzień wolny i idę na zakupy). Dopiero później zaczęłam się śmiać sama do siebie.
Marcin, 35 lat, informatyk, od 3 lat mieszka i pracuje w Liverpoolu: - W moim zawodzie wtrącanie angielskich i pochodzących z angielskiego zwrotów nie jest niczym dziwnym. Kiedy komputery raczkowały na polskim rynku podejmowano próby sztucznego wprowadzenia do języka polskich nazw urządzeń, które informatycy zdążyli już nazwać, czerpiąc z języka angielskiego. Tak powstał na przykład legendarny "stoło-kulotoczny wskaźnik położenia celu" (chodzi o zwykłą myszkę). Jedne z określeń się przyjęły, inne nie. Myślę, że podobnie będzie z pongliszem. Najwygodniejsze, brzmiące najbardziej naturalnie słowa pewnie zostaną na dobre w języku polskim. Inne znikną. Sam staram się mówić poprawnie po polsku, ale nie bronię się specjalnie przed wtrącaniem angielskich słów tam, gdzie jest mi wygodnie. Z jednym wyjątkiem. Nigdy, ale to nigdy nie używam angielskich wtrąceń, kiedy jadę w odwiedziny do Polski. Już raz usłyszałem, że po trzech latach na Wyspach jestem bardziej angielski od Anglika i nie był to komplement.
Karolina, 29 lat, w Anglii od 12 lat, prawniczka, w Polsce spędza wakacje: - Studiowałam na Wyspach, mam męża Anglika, większość moich znajomych to Anglicy, w pracy mówię tylko po angielsku. A jednak nie zapomniałam języka polskiego i myślę, że wciąż mówię poprawnie. Staram się nie wtrącać angielskich słów do rozmowy po polsku, ale jestem chyba wyjątkiem. Nie w Anglii, ale w Polsce. Moje polskie przyjaciółki piją szejki (shake), mają lekcje z nejtiwami (native speaker) i chodzą na klabing (clubbing). Na sklepowych oknach w Warszawie widać duże napisy sale (wyprzedaż). W gazecie ogłoszenia o pracy. Szukają: sales manager, shop assistant, Java developer. Czuję się jak w Anglii.
Każdy kij ma dwa końce
Ponaglisz był, jest i będzie. Ale jednak może niedługo doczekamy się także zjawiska odwrotnego, czyli wtrącania polskich zwrotów do języka angielskiego? Milowy krok w tym kierunku zrobili już twórcy świetnej kampanii promującej na Wyspach polską wódkę Wyborową . W brytyjskich mediach pojawiły się reklamy uświadamiające, że słowo wódka prawidłowo pisze się przez „w”, a nie „v” oraz postulaty, by zastąpić „v” polskim „w” we wszystkich angielskich słowach. Łel dan, państwo marketingowcy!
|
Wielki konkurs czytelniczy cz. 1/4 1. Wymień wszystkie środki lokomocji, jakimi podróżowała Joanna w powieści „Całe zdanie nieboszczyka”? 2. Wymień wszystkie osoby, które były niedoszłymi ofiarami mordercy w powieści „Wszystko czerwone”? 3.-5. Do postaci należy dopisać tytuł powieści i dopasować przedmiot. Przedmioty: dziurkacz, kastaniety, jacht, katafalk, paczka, halabarda, matryca, bursztyn, jaguar, książka o sokołach, tłuczek do mięsa, pamiętnik. 3. Przylizany Nixon 4. Kacyk 5. Mały Łysy w kapeluszu 6. Kto był kierownikiem Pracowni Projektowej w powieści „Wszyscy jesteśmy podejrzani”? 7. Jak miał na imię blondyn wszechczasów z utworu „Romans wszechczasów”? 8. Podaj miejsce akcji powieści „Wszystko czerwone”. 9. Jaki stopień wojskowy miał mąż Arabelli, George Blackhill z „Wielkiego diamentu”? 10. W jakim państwie przebywała Joanna, kiedy ją porwano w powieści „Całe zdanie nieboszczyka”? 11. Jakie nazwisko nosił Dominik z powieści „Pech”? 12. Jakiego kształtu bursztyny kupowali Japończycy z powieści „Złota mucha”? 13. Jaki samochód śledził Alicję w powieści „Krokodyl z Kraju Karoliny”? 14. Ile dzieci miała Matylda w powieści „Najstarsza prawnuczka”? 15. W jakich państwach więziono Joannę w „Całym zdaniu nieboszczyka”? 16. Z czego skonstruowano bombę zegarową w „Lesiu”? 17. Jakie imiona nosiły siostry bliźniaczki, prawnuczki Karoliny de Noirmont z utworu „Wielki diament”? 18. Kim była dla Malwiny Wolskiej Justyna w powieści „ Nie)boszczyk mąż”? 19. Kim była z zawodu matka Łukasza Darko z powieści „Pech”? 20. W którym roku umarła Matylda z utworu „Najstarsza prawnuczka”? 21. Kto pojechał do Paryża, aby odnaleźć Johna Capustę w powieści „Studnie przodków”? 22. Co się stało z teczką Bjorna we Wrocławiu w powieści „Lesio”? 23. Jakie nazwisko nosiła Alicja z powieści „Wszystko czerwone”? 24. Gdzie Bernard ukrył skarb w książce „Całe zdanie nieboszczyka”? 25. Co znaleziono przy zwłokach Stolarka w powieści „Wszyscy jesteśmy podejrzani”? 26. Co Arabella umieściła w posągu zamiast diamentu w powieści „Wielki diament”?) 27. Jak podpisywał się pod swoimi fotografiami Mariusz Ciągała z powieści „Pech”? 28. Jak zginęli rodzice Justyny z powieśći „ Nie)boszczyk mąż”? 29. Pasją której z bohaterek powieści „Studnie przodków” było fotografowanie?) 30. Czyj testament stał się kanwą wydarzeń w „Studniach przodków”? 31. Jak nazywał się handlarz bursztynem, którego poszukiwała narratorka w powieści „Złota Mucha”? 32. Kim była Marietta z powieści „Wielki diament”? 33. Co Matylda zapisała w testamencie swojej najstarszej prawnuczce, córce Doroty w powieści „Najstarsza prawnuczka”? 34. W jakim języku zaczął mówić do Joanny umierający przestępca w utworze „Całe zdanie nieboszczyka”? 35. Kim był z zawodu Diabeł z powieści „Krokodyl z Kraju Karoliny”? 36.-37 Proszę podać tytuł, z którego pochodzi cytat. 36. „Przed widelcem, który miałam w ręku, udało mu się uchylić, ale na nic więcej zareagować nie zdążył. Za daleko ode mnie siedział, żebym mogła wszystkie półmiski rozbijać mu bezpośrednio na głowie, poleciała więc tylko w jego stronę ich zawartość. Bez słowa, ale za to z imponującym rozmachem demolowałam wszystko, cokolwiek miałam w zasięgu ręki, w miarę możności celując w przeciwnika. Przytomnie nie usiłował mnie powstrzymać, zdając sobie widocznie sprawę z tego, że równie dobrze mógłby powstrzymać rozpędzoną lokomotywę." 37. „Wybuchnąć wprawdzie nie wybuchło, ale i tak efekt był nie do pogardzenia. W wazonie zakipiało i przez brzegi przelała się pienista, przeraźliwie śmierdząca ciecz, z której wyleciała wielka chmura muszek. Straszliwa woń dotarła nawet do nas, nie mówiąc o nieszczęsnym milicjancie, który rzucił się do tyłu z okrzykiem: - Rany boskie!... – po czym zatkawszy sobie nos twardo grzebał dalej."
Punktacja: 1. - 5. - po 1 punkcie za odpowiedź niepełną, 2 za pełną 6. - 37. - po 2 punkty za odpowiedź prawidłową
|
Swoim nieroztropnym postępowaniem, Włodzimierz "Swoim nieroztropnym postępowaniem, Włodzimierz Cimoszewicz może swą córkę, Małgorzatę Cimoszewicz Harlan i jej amerykańskiego małżonka, wpędzić w nie lada tarapaty, a kto wie, może i do kryminału. Pożyczanie pieniędzy czy to na terenie kraju, czy zagranicą, nie jest w Stanach Zjednoczonych zabronione. Nie jest też obłożone - absurdalnym skądinąd -podatkiem od czynności cywilno - prawnych, odbywać się jednak musi w sposób nie budzący wątpliwości prawa. Wprawdzie obowiązująca ustawa O Praniu Pieniędzy(Money Laundering Act) ustanowiona została w 2003 roku, przestępstwo to zostało wpisane już do Ustawy Podatkowej z 1986 roku i wszystkich jej późniejszych modyfikacji. Wspomniane ustawy wymagają, aby obywatel amerykański, przekazując pieniądze zagranicę zrobił to w sposób formalny, z powiadomieniem organów imigracyjnych oraz urzędu skarbowego (IRS). Służy do tego chociażby formularz IRS nr 8300. Transfer gotówki powyżej 10 tys. dol. jest w ogóle zakazany! Równie skrupulatnie powinny zostać wypełnione dokumenty związane ze zwrotem pożyczki. I to niezależnie od tego, czy pożyczka była oprocentowana czy nie. W przypadku oprocentowania jej, w stosunku do pożyczkodawcy może powstać obowiązek zapłaty podatku od dywidend (income tax). Zważywszy, że ojciec oświadczył, iż była to pożyczka na cele inwestycyjne i dzięki niej osiągnięto korzyść materialną, istnieje znaczne prawdopodobieństwo, że amerykański fiskus domagać się będzie podatku od wzbogacenia (capital gains), który wynosi - minimum - 20 proc. kwoty wzbogacenia. (Nieudokumentowanie zwrotu pożyczki powinno być uruchomić postępowanie w sprawie darowizny wobec Włodzimierza Cimoszewicza.) Władze skarbowe domagać się będą oczywiście, rozliczenia z posiadania pożyczonych ojcu (teściowi) ponad 100 tys. dol. Innymi słowy, zażądają udowodnienia, że córka/zięć weszli w ich posiadanie legalnie, oraz że zapłacili od tych pieniędzy podatek. Nie jest to łatwe. Skuteczność IRS analizowania łańcucha przyczynowo - skutkowego jest duża. W ten sposób, b. prokurator generalny stanu Nowy Jork, Rudolph Giuliani, wytropił i zniszczył m. in. potęgę finansową mafii włoskiej i kartelu narkotykowego z Medellin, które nie były w stanie dowieść legalności posiadanego przez siebie majątku. Niedopełnienie któregoś z powyższych wymagań, wiązać się może z kolejnym zarzutem wobec małżeństwa Harlan, mianowicie z udziałem w konspiracji w celu dokonania przestępstwa (prania pieniędzy i osiągnięcia korzyści majątkowej w oparciu o informację poufną). Wprawdzie zarzuty te łatwo będzie obalić, bowiem Włodzimierz Cimoszewicz, który był autorem tej konspiracji nie podlega pod jurysdykcję sądów amerykańskich, pranie pieniędzy może jednak podpadać pod międzynarodowe porozumienia do walka z terroryzmem, a to w dzisiejszych czasach bardzo groźne narzędzie. Nie ma co liczyć na to, że władze amerykańskie sprawę zignorują ze względu na jej lokalny, polski charakter. Wystarczy, że ktoś z Amerykanów polskiego pochodzenia, a ci szczególnie interesują się aferami w Polsce, wypełni formularze nr 8300, 4790 czy choćby SAR (Suspicious Activity Report) służące do raportowania wątpliwości jednego obywatela co do sposobu przestrzegania prawa podatkowego przez drugiego obywatela i poda w raportach swój numer identyfikacji podatkowej (numer Social Security ) a IRS musi wszcząć śledztwo. Gdyby nawet komuś nie chciało się przechodzić kłopotliwych formalności - informuje H. A. Wikar z The Financial Services Corporation z Chicago: "wystarczy telefon pod bezpłatna linię: 1-800-829-0433. IRS ma także placówki zagraniczne w Londynie, Paryżu i Berlinie". Osób nie darzących Cimoszewiczów sympatią jest w USA czy w Europie bardzo wiele. Gdyby się jeszcze okazało, że akcje PKN Orlenu zostały zarejestrowane w SEC czyli w amerykańskiej Komisji ds. Giełdy i Papierów Wartościowych, to dość trudno będzie się obronić przed zarzutem korzystania z informacji poufnej (insider trading) dla osiągnięcia korzyści majątkowej. Skazanie córki/zięcia z tego paragrafu będzie dla prokuratury trudne, ale nie niemożliwe. Nie zapominajmy, że ten rodzaj przestępstw jest w USA ścigany z niezwykłą gorliwością o czym świadczy chociażby fakt skazania naszej rodaczki, Marthy Stewart na rok więzienia za znacznie bardziej błahe, o wiele bardziej wątpliwe, przewinienie. Nie do pozazdroszczenia jest sytuacja samego zięcia, prawnika z zawodu, dla którego udowodnienie chociażby jednego z zarzutów jest jednoznaczne z pozbawieniem go licencji na wykonywanie zawodu prawnika, przynajmniej w stanie Południowa Karolina, gdzie obecnie zamieszkuje. I choć najprawdopodobniej, polski wymiar sprawiedliwości oczyści ojca z zarzutów; prania pieniędzy, fałszywych zeznań, niedopełnienia obowiązku podatkowego, a także korzystania z poufnej informacji, za przestępstwa te skazani mogą zostać na więzienie i wysoką grzywnę jego, Bogu ducha winni, powinowaci: córka z zięciem. Jeśli nawet się z tego wywiną, czekają ich długie, kłopotliwe i bardzo kosztowne zmagania z urzędnikami Departamentu Sprawiedliwości."
|
Rezultaty te były przedstawione graficznie w Apendyksie I Raportu i pokazane jury przez epidiaskop. Różnica odkrytego cyjanku między odwszawialnią z jednej strony, a rzekomymi komorami gazowymi, była sensacyjna. Skrajnie niskie poziomy cyjanku znalezione w niektórych krematoriach pochodziły zapewne, wedlug mojej opinii, z dezinfekowania pomieszczeń podczas wojny.
Myślę, że ja byłem pierwszym, który wskazał na to, że wszystkie badania rzekomych niemieckich gazowych komor egzekucyjnych, mających jakoby używać cyklonu B, powinny być prowadzone adhezyjnie z badaniami amerykańskich gazowych komór egzekucujnych. Ja zacząłem indygacje w tej sprawie już w 1977 roku z pomocą mojego amerykańskiego przyjaciela, Eugene-a C. Bruggera, prawnika z Nowego Jorku. Podczas tego badania otrzymałem informacje od sześciu amerykańskich więzień: San Quentin w Kaliforni, Jefferson City w Missouri, Santa Fe w Nowym Meksyku, Raleigh w Północnej Karolinie, Baltimore w Maryland i Florence w Arizonie. Wówczas doszedłem do niechybnego wniosku, iż tylko ekspert w amerykańskiej technologii może ostatecznie rozstrzygnąć, czy rzekome niemieckie gazowe komory egzekucyjne miały zdolność użycia ich jak opisano w literaturze holocaustowej.
Podczas następnych kilku lat moje artykuły o niemieckich komorach gazowych zawsze powoływały się na amerykańskie komory gazowe. Artykuły te obejmowa- ły: "Pogłoski o Oświęcimiu albo kwestii komór gazowych", opublikowanym 29 grudnia 1978 we francuskim dzienniku Le Monde, oraz długi wywiad opublikowa-ny w sierpniu 1979 we włoskim periodyku Storia Illustrata. We wrześniu 1979 odwiedziłem komory gazowe w Baltimore w stanie Maryland i otrzymałem tam osiem fotografii komory i dodatkową dokumentację. Wtedy, podczas spotkania w New York City pod przewodnictwem Fritza Berga, pokazałem Listę Kontrolną Procedury Komory Gazowej (Gas Chamber Procedure Check Sheet) więzienia w Baltimore i przedyskutowałem wnioski jakie z niej wynikają. W 1980, w pierw-szym wydaniu nowo powstałego Journal of Historical Review, opublikowalem artykuł pt.: "Mechanika gazowania", w którym opisałem w niektórych szczegółach procedury gazowania używane w Stanach Zjednoczonych. Tego samo roku opu- blikowałem w "Verite Historique ou Verite Politique?" osiem fotografii komory gazowej w Baltimore. Moje video zatytułowane: "Kwestia komór gazowych" ("The Gas Chamber Problem") zrealizowane w 1982 roku zaczyna się analizą amerykańskich komór gazowych.
W 1983 przygotowałem dla Insitute for Historical Review w Los Angeles książkę w języku angielskim o kontrowersji holocaustowej, która zawierała po raz pierw- szy listę pytań zadanych naczelnikom więzień i ich odpowiedzi. Książka wszakże nigdy nie została opublikowana: 4 lipca 1984, w dzień amerykańskiego Świeta Niepodległości, Independence Day, archiwa Instytutu zostaly zniszczone przez podpalenie. Pożar ten, zgodnie z jego zamierzeniem i celem, zniszczył finansową podstawę Instytutu, a liczne projekty, włącznie z moją książką, zostały poniechane.
“Holocaust” okazał się przedmiotem o gigantycznych rozmiarach. Jednakże ten "olbrzym", jak dr Arthur Butz wykazał w swoim "Największym oszustwie XX. stulecia" ("The Hoax of the Twentieth Century"), ma nogi z gliny. Żeby zobaczyć te nogi z gliny wystarczy tylko udać się do Obozu Koncentracyjnego w Oświęci- miu w Polsce. Według słów dra Wilhelma Staeglicha: "Twierdzenie o ekstermina- cji stoi albo upada wraz z pomówieniami, iż Oświęcim był 'fabryką śmierci' ". Dla mnie zaś cała tajemnica Oświęcimia skoncentrowała się na 65 metrach kwadra- towych rzekomych komór gazowych w Oświęcimiu I i na 210 metrach kwadrato-wcyh rzekomych komór gazowych w Brzezince. Te 275 metrów kwadratowych winny byly być zbadane bezpośrednio po wojnie przez sądowego biegłego z ini-cjatywy Aliantów [np.prowadzących sądy norymberskie - przyp. tłum.], ale takie badanie nigdy nie zostało przeprowadzone, ani wtedy ani później. Polski urzęd-nik sądowy Jan Sehn nakazał kilka badań sądowych w Oświęcimiu, lecz nigdy samych rzekomych komór gazowych.
Badania rewizjonistów wykazały, że lokacje mające jakoby być gazowymi komorami egzekucyjnymi nie mogły być użyte do takiego celu. Ditlib Felderer opublikował fotografie wskazujące na wiotkość konstrukcji wentylatorów i drzwi i brak śladów niebieskiego gazu pruskiego [Prussian blue] na ścianach. W 1975 roku odkrylem w archiwach Państwowego Muzeum w Oświęcimiu (archiwach dobrze strzeżonych przez komunistyczna władze) plany owych rzekomych komór gazowych i byłem pierwszym, który opublikował je w różnych książkach i artyku-łach. Plany te również zostały pokazane na pierwszym zgromadzeniu Instytutu Przeglądu Historycznego (Institute for Historical Review) w Los Angeles w 1979 roku, kiedy Pan Zündel był obecny. W rzeczywistości te rzekome komory gazowe były kostnicami, czyli, według planów, "Leichenhalle" [trupiarnia - niem.] dla Kre- matorium I (później zamienioną na schron przeciwpożarowy) i "Leichenkeller" [trupiarnia piwniczna - niem.] dla Krematorium II.
Niemniej, ażeby osiągnąć całkowicie naukowe potwierdzenie tego, co widzieliś-my naocznie, kierując się zwykłym zdrowym rozsądkiem i co prace rewizjonistów odkryły, konieczne było spojrzenie amerykańskiego specjalisty od komór gazo- wych. Z desperacją starałem się takiego specjalistę znaleźć, lecz szczerze mó- wiąc, żywiłem słabą nadzieję, iż znajdziemy człowieka, który jest nie tylko specja-listą w technologii komor gazowych, ale także dość odważny, by przeprowadzić takie śledztwo w kraju komunistycznym i opublikować wyniki badań, jeśli one kiedykolwiek potwierdzą konkluzję rewizjonistów. Na szczęście byłem w błędzie.
Fred Leuchter był tym specjalistą. On udał się do Polski, przeprowadził badania sądowe, napisał swój raport i zeznawał w kanadyjskim sądzie na rzecz Pana Zündela. To uczyniwszy, po cichu wszedł do historii.
Fred Leuchter jest skromnym ale spokojnie zdeterminowanym człowiekiem, który wyraża się precyzyjnie. Byłby on znakomitym profesorem, on ma rzeczywiście dar tłumaczenia złożoności trudnego zagadnienia. Kiedy zapytałem jego, czy boi się niebezpiecznych konsekwencji, odpowiedział: "Fakt jest faktem."
|
pożyczka - cd. Jan M. Fijor 24.08.2005
Swoim nieroztropnym postępowaniem, Włodzimierz Cimoszewicz może swą córkę, Małgorzatę Cimoszewicz Harlan i jej amerykańskiego małżonka, wpędzić w nie lada tarapaty, a kto wie, może i do kryminału.
Pożyczanie pieniędzy czy to na terenie kraju, czy zagranicą, nie jest w Stanach Zjednoczonych zabronione. Nie jest też obłożone - absurdalnym skądinąd - podatkiem od czynności cywilno - prawnych, odbywać się jednak musi w sposób nie budzący wątpliwości prawa. Wprawdzie obowiązująca ustawa O Praniu Pieniędzy (Money Laundering Act) ustanowiona została w 2003 roku, przestępstwo to zostało wpisane już do Ustawy Podatkowej z 1986 roku i wszystkich jej późniejszych modyfikacji. Wspomniane ustawy wymagają, aby obywatel amerykański, przekazując pieniądze zagranicę zrobił to w sposób formalny, z powiadomieniem organów imigracyjnych oraz urzędu skarbowego (IRS). Służy do tego chociażby formularz IRS nr 8300. Transfer gotówki powyżej 10 tys. dol. jest w ogóle zakazany!
Równie skrupulatnie powinny zostać wypełnione dokumenty związane ze zwrotem pożyczki. I to niezależnie od tego, czy pożyczka była oprocentowana czy nie. W przypadku oprocentowania jej, w stosunku do pożyczkodawcy może powstać obowiązek zapłaty podatku od dywidend (income tax). Zważywszy, że ojciec oświadczył, iż była to pożyczka na cele inwestycyjne i dzięki niej osiągnięto korzyść materialną, istnieje znaczne prawdopodobieństwo, że amerykański fiskus domagać się będzie podatku od wzbogacenia (capital gains), który wynosi - minimum - 20 proc. kwoty wzbogacenia. (Nieudokumentowanie zwrotu pożyczki powinno być uruchomić postępowanie w sprawie darowizny wobec Włodzimierza Cimoszewicza.)
Władze skarbowe domagać się będą oczywiście, rozliczenia z posiadania pożyczonych ojcu (teściowi) ponad 100 tys. dol. Innymi słowy, zażądają udowodnienia, że córka/zięć weszli w ich posiadanie legalnie, oraz że zapłacili od tych pieniędzy podatek. Nie jest to łatwe. Skuteczność IRS w analizowania łańcucha przyczynowo - skutkowego jest duża. W ten sposób, b. prokurator generalny stanu Nowy Jork, Rudolph Giuliani, wytropił i zniszczył m. in. potęgę finansową mafii włoskiej i kartelu narkotykowego z Medellin, które nie były w stanie dowieść legalności posiadanego przez siebie majątku. Niedopełnienie któregoś z powyższych wymagań, wiązać się może z kolejnym zarzutem wobec małżeństwa Harlan, mianowicie z udziałem w konspiracji w celu dokonania przestępstwa (prania pieniędzy i osiągnięcia korzyści majątkowej w oparciu o informację poufną). Wprawdzie zarzuty te łatwo będzie obalić, bowiem Włodzimierz Cimoszewicz, który był autorem tej konspiracji nie podlega pod jurysdykcję sądów amerykańskich, pranie pieniędzy może jednak podpadać pod międzynarodowe porozumienia do walka z terroryzmem, a to w dzisiejszych czasach bardzo groźne narzędzie.
Nie ma co liczyć na to, że władze amerykańskie sprawę zignorują ze względu na jej lokalny, polski charakter. Wystarczy, że ktoś z Amerykanów polskiego pochodzenia, a ci szczególnie interesują się aferami w Polsce, wypełni formularze nr 8300, 4790 czy choćby SAR (Suspicious Activity Report), służące do raportowania wątpliwości jednego obywatela co do sposobu przestrzegania prawa podatkowego przez drugiego obywatela i poda w raportach swój numer identyfikacji podatkowej (numer Social Security ) a IRS musi wszcząć śledztwo. Gdyby nawet komuś nie chciało się przechodzić kłopotliwych formalności - informuje H. A. Wikar z The Financial Services Corporation z Chicago: "wystarczy telefon pod bezpłatna linię: 1-800-829-0433. IRS ma także placówki zagraniczne w Londynie, Paryżu i Berlinie". Osób nie darzących Cimoszewiczów sympatią jest w USA czy w Europie bardzo wiele.
Gdyby się jeszcze okazało, że akcje PKN Orlenu zostały zarejestrowane w SEC czyli w amerykańskiej Komisji ds. Giełdy i Papierów Wartościowych, to dość trudno będzie się obronić przed zarzutem korzystania z informacji poufnej (insider trading) dla osiągnięcia korzyści majątkowej. Skazanie córki/zięcia z tego paragrafu będzie dla prokuratury trudne, ale nie niemożliwe. Nie zapominajmy, że ten rodzaj przestępstw jest w USA ścigany z niezwykłą gorliwością o czym świadczy chociażby fakt skazania naszej rodaczki, Marthy Stewart na rok więzienia za znacznie bardziej błahe, o wiele bardziej wątpliwe, przewinienie. Nie do pozazdroszczenia jest sytuacja samego zięcia, prawnika z zawodu, dla którego udowodnienie chociażby jednego z zarzutów jest jednoznaczne z pozbawieniem go licencji na wykonywanie zawodu prawnika, przynajmniej w stanie Południowa Karolina, gdzie obecnie zamieszkuje.
I choć najprawdopodobniej, polski wymiar sprawiedliwości oczyści ojca z zarzutów; prania pieniędzy, fałszywych zeznań, niedopełnienia obowiązku podatkowego, a także korzystania z poufnej informacji, za przestępstwa te skazani mogą zostać na więzienie i wysoką grzywnę jego, Bogu ducha winni, powinowaci: córka z zięciem. Jeśli nawet się z tego wywiną, czekają ich długie, kłopotliwe i bardzo kosztowne zmagania z urzędnikami Departamentu Sprawiedliwości.
Jan M. Fijor
|
nie jątrz mistrzu, nie jątrz Mieszkańcy stolicy cały czas narzekają na przyjezdnych, a ci z kolei na rdzennych warszawiaków. Czy ta niewidoczna walka może wyłonić kiedyś zwycięzców? dalej »
Jadę taksówką. Zatrzymuje nas korek. Bardzo się spieszę, jestem zdenerwowany. Zaczynam narzekać. Na komunikację, architekturę, tempo życia. Taksówkarz krótko ucina: - Nie podoba się? Trzeba było nie przyjeżdżać do Warszawy. Gdzie indziej też chyba można żyć i pracować. Nie zamierzam się bronić. Nic tłumaczyć. Skoro krytykuję Warszawę, nie mogę być stąd. A jeśli nie jestem stąd, to... No właśnie, co?
Trzeba się tu urodzić
W Warszawie zasadniczo ścierają się dwa różne światy. Ludzie, którzy się w stolicy urodzili, i przyjezdni. Na co dzień nie widać konfliktu między tymi grupami. Wystarczy jednak porozmawiać z ich przedstawicielami, naukowcami oraz spojrzeć na badania, aby się przekonać, że podział ten jest bardzo wyraźny. Psycholog społeczny profesor Janusz Czapiński mówi: - Tu działa dobrze znany w psychologii efekt przedziału kolejowego. Są w nim już trzy osoby i mimo że drugie tyle miejsc jeszcze zostało, to nie pozwalamy się nikomu dosiąść. Ludzie, jeśli przebywają dłużej ze sobą, identyfikują się i tworzą wspólną grupę społeczną.
Słowa Czapińskiego potwierdza przygotowany przez TNS OBOP raport ''Co z tą Warszawą?''. Badani w jego ramach mieszkańcy stolicy stwierdzili, że aby być warszawiakiem, trzeba się w stolicy urodzić. Innego wyjścia nie ma. Niedopuszczeni zaś do roli warszawiaka przyjezdni muszą liczyć się z konsekwencjami. - Zdaję sobie sprawę, że warszawiacy mogą traktować przyjezdnych z awersją, bo ci stanowią dla nich konkurencję. Może to być korek na ulicy, zabieranie pracy czy miejsc na uczelniach - mówi profesor Czapiński. Choć dodaje, że sam, mimo że się w stolicy nie urodził, złych doświadczeń z tego wynikających nie miał.
Spór o warszawiaka
Stosunku warszawiaków do obcych na własnej skórze doświadczył natomiast Michał, 31-letni pracownik dużej firmy konsultingowej z Poznania. - Wystarczy, że rejestracja mojego samochodu zaczyna się na ''P'', żebym został obtrąbiony w stolicy. Koledzy z centrali firmy w Warszawie patrzą na mnie z wyższością, bo na tym samym stanowisku zarabiają więcej. Tak jakby u was wszyscy chcieli się dowartościować. Tylko lans i przepychanie się. Oto cała Warszawa - mówi Michał. Badane przez OBOP osoby spoza stolicy stwierdziły również, że życie w mieście płynie w zbyt szybkim tempie. Rdzenni mieszkańcy odpowiadają na to: - Napływ ludzi sprawił, że Warszawa straciła swą duszę.
Podobną opinię jak badani przez OBOP wyraża Joanna, urodzona w stolicy pracownica agencji PR: - Niektórzy przyjezdni chcą być bardziej warszawscy od warszawiaków. Chodzą do najpopularniejszych knajp, ubierają się tylko w Zarze, a na wakacje jeżdżą na Kanary. Są pod jeden mianownik, byle być akceptowanym albo nadrabiać wiejskie czy małomiasteczkowe kompleksy. I to jest właśnie to, co mieszkańcy stolicy mają najbardziej za złe przyjezdnym. Fakt, że chcą stać się tacy jak ci, których rodziny mieszkały w Warszawie od pokoleń, jest nie do pomyślenia. Raport ''Co z tą Warszawą ?'' wskazuje jednak na zupełnie inną tendencję. Przebadani w jego ramach przyjezdni stwierdzili, że nie chcą pretendować do miana warszawiaka. Mimo to czują się mieszkańcami tego miasta i nie chcą być traktowani gorzej.
Wmieszali się w tłum
Jak wygląda to w opinii przedstawicieli ''ludności napływowej'', spytałem samych zainteresowanych. Karolina ma 24 lata, jest dziennikarką, przyjechała do stolicy z Płocka: - Nie czuję się warszawiakiem. Choć gdy ktoś mnie pyta, skąd jestem, to najpierw mówię, że ze stolicy, ale od razu wspominam, iż pochodzę z Płocka. Karolina zaznacza również, że według niej potoczna opinia o ''chamie z Pruszkowa'' jest myląca, bo jak mówi: - Z brakiem kultury spotkać się można nawet w tzw. bardzo kulturalnych kręgach. Podobne zdanie ma Łukasz, który przyjechał 6 lat temu do stolicy na studia, dziś już w niej pracuje. - Ja nie widzę tego, że warszawiacy są jacyś inni. Może po wojnie to byli, ale teraz przecież tu jest większość ludzi przyjezdnych - mówi Łukasz.
I to, co w opinii mojego rozmówcy nie stanowi żadnego problemu, dla dużej części urodzonych w stolicy osób nim właśnie jest. Homogenizacja społeczna nie pozwalająca na odróżnienie, kto skąd pochodzi, stała się zarzewiem konfliktu o miasto i prawa do niego. - Pamiętam Warszawę przedwojenną. Byłam wtedy mała, ale pamiętam tamtych ludzi. To było inne miasto. Takie piękne i godne. Ludzie byli bardziej uprzejmi i kulturalni. A po wojnie ze wsi zaczęli zjeżdżać, wmieszali się w tłum i wszystko się zmieniło - opowiada Anna, emerytowana 76-letnia urzędniczka.
Odruch obronny
I tak z jednej strony warszawiacy atakują przyjezdnych za to, że ci odbierają miastu klimat. Przyjezdni z kolei, jak wynika z badań OBOP, uważają warszawiaków za zarozumialców, którzy innych traktują z góry. Ostro krytykują też samo miasto. Od komunikacji, przez ceny, po bezpieczeństwo. Profesor Czapiński znajduje wytłumaczenie takiej postawy: - Niechęć i krytykanctwo przyjezdnych to jest odruch obronny. Mówią warszawiakom, że nie mają się co wywyższać, bo stolica nie jest wcale rajem. Można odnieść wrażenie, że niechęć warszawiaków do ludności napływowej i na odwrót to samonakręcające się koło. Przy czym żadna grupa nie przyznaje się do ataku. Obie w swym mniemaniu jedynie się bronią.
Aby odpowiedzieć na pytanie, skąd w obu grupach bierze się taka determinacja, należy znów przywołać badania OBOP. Warszawiacy kochają swoje miasto, bowiem z nim wiążą się ich najmilsze wspomnienia. To tu spędzili lata dzieciństwa, dorastali. Mają w mieście ''swoje ciepłe miejsca''. Przyjezdni z kolei nie są w stanie zbudować z miastem takich relacji. Swoją sympatię do Warszawy budują na stosunkach z innymi ludźmi. Przyjaźnie z obcymi osobami trudno jest im zaś nawiązać. Szczególnie w przypadku, gdy rdzenni mieszkańcy podchodzą do nich z nieufnością. Mimo to właśnie do stolicy chciałyby się przeprowadzić kolejne 2 miliony Polaków. Czyżby więc diabeł okazywał się nie taki straszny, jak go malują?
|
cimoszenko a IRS - nareszcie po polsku - Ojcowska przysługa Jan M. Fijor 24.08.2005 Swoim nieroztropnym postępowaniem, Włodzimierz Cimoszewicz może swą córkę, Małgorzatę Cimoszewicz Harlan i jej amerykańskiego małżonka, wpędzić w nie lada tarapaty, a kto wie, może i do kryminału. Pożyczanie pieniędzy czy to na terenie kraju, czy zagranicą, nie jest w Stanach Zjednoczonych zabronione. Nie jest też obłożone - absurdalnym skądinąd - podatkiem od czynności cywilno – prawnych, odbywać się jednak musi w sposób nie budzący wątpliwości prawa. Wprawdzie obowiązująca ustawa O Praniu Pieniędzy (Money Laundering Act) ustanowiona została w 2003 roku, przestępstwo to zostało wpisane już do Ustawy Podatkowej z 1986 roku i wszystkich jej późniejszych modyfikacji. Wspomniane ustawy wymagają, aby obywatel amerykański, przekazując pieniądze zagranicę zrobił to w sposób formalny, z powiadomieniem organów imigracyjnych oraz urzędu skarbowego (IRS). Służy do tego chociażby formularz IRS nr 8300. Transfer gotówki powyżej 10 tys. dol. jest w ogóle zakazany! Równie skrupulatnie powinny zostać wypełnione dokumenty związane ze zwrotem pożyczki. I to niezależnie od tego, czy pożyczka była oprocentowana czy nie. W przypadku oprocentowania jej, w stosunku do pożyczkodawcy może powstać obowiązek zapłaty podatku od dywidend (income tax). Zważywszy, że ojciec oświadczył, iż była to pożyczka na cele inwestycyjne i dzięki niej osiągnięto korzyść materialną, istnieje znaczne prawdopodobieństwo, że amerykański fiskus domagać się będzie podatku od wzbogacenia (capital gains), który wynosi – minimum – 20 proc. kwoty wzbogacenia. (Nieudokumentowanie zwrotu pożyczki powinno być uruchomić postępowanie w sprawie darowizny wobec Włodzimierza Cimoszewicza.) Władze skarbowe domagać się będą oczywiście, rozliczenia z posiadania pożyczonych ojcu (teściowi) ponad 100 tys. dol. Innymi słowy, zażądają udowodnienia, że córka/zięć weszli w ich posiadanie legalnie, oraz że zapłacili od tych pieniędzy podatek. Nie jest to łatwe. Skuteczność IRS w analizowania łańcucha przyczynowo – skutkowego jest duża. W ten sposób, b. prokurator generalny stanu Nowy Jork, Rudolph Giuliani, wytropił i zniszczył m. in. potęgę finansową mafii włoskiej i kartelu narkotykowego z Medellin, które nie były w stanie dowieść legalności posiadanego przez siebie majątku. Niedopełnienie któregoś z powyższych wymagań, wiązać się może z kolejnym zarzutem wobec małżeństwa Harlan, mianowicie z udziałem w konspiracji w celu dokonania przestępstwa (prania pieniędzy i osiągnięcia korzyści majątkowej w oparciu o informację poufną). Wprawdzie zarzuty te łatwo będzie obalić, bowiem Włodzimierz Cimoszewicz, który był autorem tej konspiracji nie podlega pod jurysdykcję sądów amerykańskich, pranie pieniędzy może jednak podpadać pod międzynarodowe porozumienia do walka z terroryzmem, a to w dzisiejszych czasach bardzo groźne narzędzie. Nie ma co liczyć na to, że władze amerykańskie sprawę zignorują ze względu na jej lokalny, polski charakter. Wystarczy, że ktoś z Amerykanów polskiego pochodzenia, a ci szczególnie interesują się aferami w Polsce, wypełni formularze nr 8300, 4790 czy choćby SAR (Suspicious Activity Report), służące do raportowania wątpliwości jednego obywatela co do sposobu przestrzegania prawa podatkowego przez drugiego obywatela i poda w raportach swój numer identyfikacji podatkowej (numer Social Security ) a IRS musi wszcząć śledztwo. Gdyby nawet komuś nie chciało się przechodzić kłopotliwych formalności – informuje H. A. Wikar z The Financial Services Corporation z Chicago: „wystarczy telefon pod bezpłatna linię: 1-800-829-0433. IRS ma także placówki zagraniczne w Londynie, Paryżu i Berlinie”. Osób nie darzących Cimoszewiczów sympatią jest w USA czy w Europie bardzo wiele. Gdyby się jeszcze okazało, że akcje PKN Orlenu zostały zarejestrowane w SEC czyli w amerykańskiej Komisji ds. Giełdy i Papierów Wartościowych, to dość trudno będzie się obronić przed zarzutem korzystania z informacji poufnej (insider trading) dla osiągnięcia korzyści majątkowej. Skazanie córki/zięcia z tego paragrafu będzie dla prokuratury trudne, ale nie niemożliwe. Nie zapominajmy, że ten rodzaj przestępstw jest w USA ścigany z niezwykłą gorliwością o czym świadczy chociażby fakt skazania naszej rodaczki, Marthy Stewart na rok więzienia za znacznie bardziej błahe, o wiele bardziej wątpliwe, przewinienie. Nie do pozazdroszczenia jest sytuacja samego zięcia, prawnika z zawodu, dla którego udowodnienie chociażby jednego z zarzutów jest jednoznaczne z pozbawieniem go licencji na wykonywanie zawodu prawnika, przynajmniej w stanie Południowa Karolina, gdzie obecnie zamieszkuje. I choć najprawdopodobniej, polski wymiar sprawiedliwości oczyści ojca z zarzutów; prania pieniędzy, fałszywych zeznań, niedopełnienia obowiązku podatkowego, a także korzystania z poufnej informacji, za przestępstwa te skazani mogą zostać na więzienie i wysoką grzywnę jego, Bogu ducha winni, powinowaci: córka z zięciem. Jeśli nawet się z tego wywiną, czekają ich długie, kłopotliwe i bardzo kosztowne zmagania z urzędnikami Departamentu Sprawiedliwości. Jan M. Fijor gby.pl/?doc=felieton&id=92
|
IRS & Cimoszeiczówna newsweek.redakcja.pl/forum/forum.asp?Artykul=13260&Watek=95253&WatekStr=1&DA=250820051014Niedźwiedzia przysługa zwana ojcowską 25.08.2005 10:14 Dostałem taki art. ze Stanów. Warto go przeczytać: Ciekawa informacja o kandydacie. Ojcowska przysługa. Swoim nieroztropnym postępowaniem, Włodzimierz Cimoszewicz może swą córkę, Małgorzatę Cimoszewicz Harlan i jej amerykańskiego małżonka, wpędzić w nie lada tarapaty, a kto wie, może i do kryminału. Pożyczanie pieniędzy czy to na terenie kraju, czy zagranicą, nie jest w Stanach Zjednoczonych zabronione. Nie jest też obłożone - absurdalnym skądinąd -podatkiem od czynności cywilno - prawnych, odbywać się jednak musi w sposób nie budzący wątpliwości prawa. Wprawdzie obowiązująca ustawa O Praniu Pieniędzy(Money Laundering Act) ustanowiona została w 2003 roku, przestępstwo to zostało wpisane już do Ustawy Podatkowej z 1986 roku i wszystkich jej późniejszych modyfikacji. Wspomniane ustawy wymagają, aby obywatel amerykański, przekazując pieniądze zagranicę zrobił to w sposób formalny, z powiadomieniem organów imigracyjnych oraz urzędu skarbowego (IRS). Służy do tego chociażby formularz IRS nr 8300. Transfer gotówki powyżej 10 tys. dol. jest w ogóle zakazany! Równie skrupulatnie powinny zostać wypełnione dokumenty związane ze zwrotem pożyczki. I to niezależnie od tego, czy pożyczka była oprocentowana czy nie. W przypadku oprocentowania jej, w stosunku do pożyczkodawcy może powstać obowiązek zapłaty podatku od dywidend (income tax). Zważywszy, że ojciec oświadczył, iż była to pożyczka na cele inwestycyjne i dzięki niej osiągnięto korzyść materialną, istnieje znaczne prawdopodobieństwo, że amerykański fiskus domagać się będzie podatku od wzbogacenia (capital gains), który wynosi - minimum - 20 proc. kwoty wzbogacenia. (Nieudokumentowanie zwrotu pożyczki powinno być uruchomić postępowanie w sprawie darowizny wobec Włodzimierza Cimoszewicza.) Władze skarbowe domagać się będą oczywiście, rozliczenia z posiadania pożyczonych ojcu (teściowi) ponad 100 tys. dol. Innymi słowy, zażądają udowodnienia, że córka/zięć weszli w ich posiadanie legalnie, oraz że zapłacili od tych pieniędzy podatek. Nie jest to łatwe. Skuteczność IRS analizowania łańcucha przyczynowo - skutkowego jest duża. W ten sposób, b. prokurator generalny stanu Nowy Jork, Rudolph Giuliani, wytropił i zniszczył m. in. potęgę finansową mafii włoskiej i kartelu narkotykowego z Medellin, które nie były w stanie dowieść legalności posiadanego przez siebie majątku. Niedopełnienie któregoś z powyższych wymagań, wiązać się może z kolejnym zarzutem wobec małżeństwa Harlan, mianowicie z udziałem w konspiracji w celu dokonania przestępstwa (prania pieniędzy i osiągnięcia korzyści majątkowej w oparciu o informację poufną). Wprawdzie zarzuty te łatwo będzie obalić, bowiem Włodzimierz Cimoszewicz, który był autorem tej konspiracji nie podlega pod jurysdykcję sądów amerykańskich, pranie pieniędzy może jednak podpadać pod międzynarodowe porozumienia do walka z terroryzmem, a to w dzisiejszych czasach bardzo groźne narzędzie. Nie ma co liczyć na to, że władze amerykańskie sprawę zignorują ze względu na jej lokalny, polski charakter. Niedźwiedzia przysługa częśc druga 25.08.2005 10:16 ... cd Wystarczy, że ktoś z Amerykanów polskiego pochodzenia, a ci szczególnie interesują się aferami w Polsce, wypełni formularze nr 8300, 4790 czy choćby SAR (Suspicious Activity Report) służące do raportowania wątpliwości jednego obywatela co do sposobu przestrzegania prawa podatkowego przez drugiego obywatela i poda w raportach swój numer identyfikacji podatkowej (numer Social Security ) a IRS musi wszcząć śledztwo. Gdyby nawet komuś nie chciało się przechodzić kłopotliwych formalności - informuje H. A. Wikar z The Financial Services Corporation z Chicago: "wystarczy telefon pod bezpłatna linię: 1-800-829-0433. IRS ma także placówki zagraniczne w Londynie, Paryżu i Berlinie". Osób nie darzących Cimoszewiczów sympatią jest w USA czy w Europie bardzo wiele. Gdyby się jeszcze okazało, że akcje PKN Orlenu zostały zarejestrowane w SEC czyli w amerykańskiej Komisji ds. Giełdy i Papierów Wartościowych, to dość trudno będzie się obronić przed zarzutem korzystania z informacji poufnej (insider trading) dla osiągnięcia korzyści majątkowej. Skazanie córki/zięcia z tego paragrafu będzie dla prokuratury trudne, ale nie niemożliwe. Nie zapominajmy, że ten rodzaj przestępstw jest w USA ścigany z niezwykłą gorliwością o czym świadczy chociażby fakt skazania naszej rodaczki, Marthy Stewart na rok więzienia za znacznie bardziej błahe, o wiele bardziej wątpliwe, przewinienie. Nie do pozazdroszczenia jest sytuacja samego zięcia, prawnika z zawodu, dla którego udowodnienie chociażby jednego z zarzutów jest jednoznaczne z pozbawieniem go licencji na wykonywanie zawodu prawnika, przynajmniej w stanie Południowa Karolina, gdzie obecnie zamieszkuje. I choć najprawdopodobniej, polski wymiar sprawiedliwości oczyści ojca z zarzutów; prania pieniędzy, fałszywych zeznań, niedopełnienia obowiązku podatkowego, a także korzystania z poufnej informacji, za przestępstwa te skazani mogą zostać na więzienie i wysoką grzywnę jego, Bogu ducha winni, powinowaci: córka z zięciem. Jeśli nawet się z tego wywiną, czekają ich długie, kłopotliwe i bardzo kosztowne zmagania z urzędnikami Departamentu Sprawiedliwości.
|
Strona 2 z 3
Po zeznaniach Freda Leuchtera przyszedł dr James Roth - doktor filozofii z Cornell Univesity i dyrektor Alpha Analitical Laboratories w Ashland w stanie Massachusetts. Dr Roth składał raport z analizy probek pobranych ze ścian, podłóg, sufitów i innych konstrukcji wewnątrz rzekomych komór gazowych w Oświęcimiu I i Brzezince. Testy te bądź to nie wyjawiły żadnych śladów cyjanku, bądź też skrajnie niski ich poziom. Jedynym wyjątkiem była próbka numer 32 pobrana z Odwszawialni Nr 1 w Brzezince. Rezultaty te były przedstawione graficznie w Apendyksie I Raportu i pokazane jury przez epidiaskop. Różnica odkrytego cyjanku między odwszawialnią z jednej strony, a rzekomymi komorami gazowymi, była sensacyjna. Skrajnie niskie poziomy cyjanku znalezione w niektórych krematoriach pochodziły zapewne, wedlug mojej opinii, z dezinfekowania pomieszczeń podczas wojny.
Myślę, że ja byłem pierwszym, który wskazał na to, że wszystkie badania rzekomych niemieckich gazowych komor egzekucyjnych, mających jakoby używać cyklonu B, powinny być prowadzone adhezyjnie z badaniami amerykańskich gazowych komór egzekucujnych. Ja zacząłem indygacje w tej sprawie już w 1977 roku z pomocą mojego amerykańskiego przyjaciela, Eugene-a C. Bruggera, prawnika z Nowego Jorku. Podczas tego badania otrzymałem informacje od sześciu amerykańskich więzień: San Quentin w Kaliforni, Jefferson City w Missouri, Santa Fe w Nowym Meksyku, Raleigh w Północnej Karolinie, Baltimore w Maryland i Florence w Arizonie. Wówczas doszedłem do niechybnego wniosku, iż tylko ekspert w amerykańskiej technologii może ostatecznie rozstrzygnąć, czy rzekome niemieckie gazowe komory egzekucyjne miały zdolność użycia ich jak opisano w literaturze holocaustowej.
Podczas następnych kilku lat moje artykuły o niemieckich komorach gazowych zawsze powoływały się na amerykańskie komory gazowe. Artykuły te obejmowa- ły: "Pogłoski o Oświęcimiu albo kwestii komór gazowych", opublikowanym 29 grudnia 1978 we francuskim dzienniku Le Monde, oraz długi wywiad opublikowa-ny w sierpniu 1979 we włoskim periodyku Storia Illustrata. We wrześniu 1979 odwiedziłem komory gazowe w Baltimore w stanie Maryland i otrzymałem tam osiem fotografii komory i dodatkową dokumentację. Wtedy, podczas spotkania w New York City pod przewodnictwem Fritza Berga, pokazałem Listę Kontrolną Procedury Komory Gazowej (Gas Chamber Procedure Check Sheet) więzienia w Baltimore i przedyskutowałem wnioski jakie z niej wynikają. W 1980, w pierw-szym wydaniu nowo powstałego Journal of Historical Review, opublikowalem artykuł pt.: "Mechanika gazowania", w którym opisałem w niektórych szczegółach procedury gazowania używane w Stanach Zjednoczonych. Tego samo roku opu- blikowałem w "Verite Historique ou Verite Politique?" osiem fotografii komory gazowej w Baltimore. Moje video zatytułowane: "Kwestia komór gazowych" ("The Gas Chamber Problem") zrealizowane w 1982 roku zaczyna się analizą amerykańskich komór gazowych.
W 1983 przygotowałem dla Insitute for Historical Review w Los Angeles książkę w języku angielskim o kontrowersji holocaustowej, która zawierała po raz pierw- szy listę pytań zadanych naczelnikom więzień i ich odpowiedzi. Książka wszakże nigdy nie została opublikowana: 4 lipca 1984, w dzień amerykańskiego Świeta Niepodległości, Independence Day, archiwa Instytutu zostaly zniszczone przez podpalenie. Pożar ten, zgodnie z jego zamierzeniem i celem, zniszczył finansową podstawę Instytutu, a liczne projekty, włącznie z moją książką, zostały poniechane.
“Holocaust” okazał się przedmiotem o gigantycznych rozmiarach. Jednakże ten "olbrzym", jak dr Arthur Butz wykazał w swoim "Największym oszustwie XX. stulecia" ("The Hoax of the Twentieth Century"), ma nogi z gliny. Żeby zobaczyć te nogi z gliny wystarczy tylko udać się do Obozu Koncentracyjnego w Oświęci- miu w Polsce. Według słów dra Wilhelma Staeglicha: "Twierdzenie o ekstermina- cji stoi albo upada wraz z pomówieniami, iż Oświęcim był 'fabryką śmierci' ". Dla mnie zaś cała tajemnica Oświęcimia skoncentrowała się na 65 metrach kwadra- towych rzekomych komór gazowych w Oświęcimiu I i na 210 metrach kwadrato-wcyh rzekomych komór gazowych w Brzezince. Te 275 metrów kwadratowych winny byly być zbadane bezpośrednio po wojnie przez sądowego biegłego z ini-cjatywy Aliantów [np.prowadzących sądy norymberskie - przyp. tłum.], ale takie badanie nigdy nie zostało przeprowadzone, ani wtedy ani później. Polski urzęd-nik sądowy Jan Sehn nakazał kilka badań sądowych w Oświęcimiu, lecz nigdy samych rzekomych komór gazowych.
Badania rewizjonistów wykazały, że lokacje mające jakoby być gazowymi komorami egzekucyjnymi nie mogły być użyte do takiego celu. Ditlib Felderer opublikował fotografie wskazujące na wiotkość konstrukcji wentylatorów i drzwi i brak śladów niebieskiego gazu pruskiego [Prussian blue] na ścianach. W 1975 roku odkrylem w archiwach Państwowego Muzeum w Oświęcimiu (archiwach dobrze strzeżonych przez komunistyczna władze) plany owych rzekomych komór gazowych i byłem pierwszym, który opublikował je w różnych książkach i artyku-łach. Plany te również zostały pokazane na pierwszym zgromadzeniu Instytutu Przeglądu Historycznego (Institute for Historical Review) w Los Angeles w 1979 roku, kiedy Pan Zündel był obecny. W rzeczywistości te rzekome komory gazowe były kostnicami, czyli, według planów, "Leichenhalle" [trupiarnia - niem.] dla Kre- matorium I (później zamienioną na schron przeciwpożarowy) i "Leichenkeller" [trupiarnia piwniczna - niem.] dla Krematorium II.
c.d. poniżej
|
Gość portalu: Hesia napisał(a):
> Strona 2 z 3 > > Po zeznaniach Freda Leuchtera przyszedł dr James Roth - doktor filozofii z > Cornell Univesity i dyrektor Alpha Analitical Laboratories w Ashland w stanie > Massachusetts. Dr Roth składał raport z analizy probek pobranych ze ścian, > podłóg, sufitów i innych konstrukcji wewnątrz rzekomych komór gazowych w > Oświęcimiu I i Brzezince. Testy te bądź to nie wyjawiły żadnych śladów cyjanku, > > bądź też skrajnie niski ich poziom. Jedynym wyjątkiem była próbka numer 32 > pobrana z Odwszawialni Nr 1 w Brzezince. Rezultaty te były przedstawione > graficznie w Apendyksie I Raportu i pokazane jury przez epidiaskop. Różnica > odkrytego cyjanku między odwszawialnią z jednej strony, a rzekomymi komorami > gazowymi, była sensacyjna. Skrajnie niskie poziomy cyjanku znalezione w > niektórych krematoriach pochodziły zapewne, wedlug mojej opinii, z > dezinfekowania pomieszczeń podczas wojny. > > Myślę, że ja byłem pierwszym, który wskazał na to, że wszystkie badania > rzekomych niemieckich gazowych komor egzekucyjnych, mających jakoby używać > cyklonu B, powinny być prowadzone adhezyjnie z badaniami amerykańskich gazowych > > komór egzekucujnych. Ja zacząłem indygacje w tej sprawie już w 1977 roku z > pomocą mojego amerykańskiego przyjaciela, Eugene-a C. Bruggera, prawnika z > Nowego Jorku. Podczas tego badania otrzymałem informacje od sześciu > amerykańskich więzień: San Quentin w Kaliforni, Jefferson City w Missouri, > Santa Fe w Nowym Meksyku, Raleigh w Północnej Karolinie, Baltimore w Maryland i > > Florence w Arizonie. Wówczas doszedłem do niechybnego wniosku, iż tylko ekspert > > w amerykańskiej technologii może ostatecznie rozstrzygnąć, czy rzekome > niemieckie gazowe komory egzekucyjne miały zdolność użycia ich jak opisano w > literaturze holocaustowej. > > Podczas następnych kilku lat moje artykuły o niemieckich komorach gazowych > zawsze powoływały się na amerykańskie komory gazowe. Artykuły te obejmowa- > ły: "Pogłoski o Oświęcimiu albo kwestii komór gazowych", opublikowanym 29 > grudnia 1978 we francuskim dzienniku Le Monde, oraz długi wywiad opublikowa-ny > w sierpniu 1979 we włoskim periodyku Storia Illustrata. We wrześniu 1979 > odwiedziłem komory gazowe w Baltimore w stanie Maryland i otrzymałem tam osiem > fotografii komory i dodatkową dokumentację. Wtedy, podczas spotkania w New York > > City pod przewodnictwem Fritza Berga, pokazałem Listę Kontrolną Procedury > Komory Gazowej (Gas Chamber Procedure Check Sheet) więzienia w Baltimore i > przedyskutowałem wnioski jakie z niej wynikają. W 1980, w pierw-szym wydaniu > nowo powstałego Journal of Historical Review, opublikowalem artykuł > pt.: "Mechanika gazowania", w którym opisałem w niektórych szczegółach > procedury gazowania używane w Stanach Zjednoczonych. Tego samo roku opu- > blikowałem w "Verite Historique ou Verite Politique?" osiem fotografii komory > gazowej w Baltimore. Moje video zatytułowane: "Kwestia komór gazowych" ("The > Gas Chamber Problem") zrealizowane w 1982 roku zaczyna się analizą > amerykańskich komór gazowych. > > W 1983 przygotowałem dla Insitute for Historical Review w Los Angeles książkę w > > języku angielskim o kontrowersji holocaustowej, która zawierała po raz pierw- > szy listę pytań zadanych naczelnikom więzień i ich odpowiedzi. Książka wszakże > nigdy nie została opublikowana: 4 lipca 1984, w dzień amerykańskiego Świeta > Niepodległości, Independence Day, archiwa Instytutu zostaly zniszczone przez > podpalenie. Pożar ten, zgodnie z jego zamierzeniem i celem, zniszczył finansową > > podstawę Instytutu, a liczne projekty, włącznie z moją książką, zostały > poniechane. > > “Holocaust” okazał się przedmiotem o gigantycznych rozmiarach. Jedn > akże > ten "olbrzym", jak dr Arthur Butz wykazał w swoim "Największym oszustwie XX. > stulecia" ("The Hoax of the Twentieth Century"), ma nogi z gliny. Żeby zobaczyć > > te nogi z gliny wystarczy tylko udać się do Obozu Koncentracyjnego w Oświęci- > miu w Polsce. Według słów dra Wilhelma Staeglicha: "Twierdzenie o ekstermina- > cji stoi albo upada wraz z pomówieniami, iż Oświęcim był 'fabryką śmierci' ". > Dla mnie zaś cała tajemnica Oświęcimia skoncentrowała się na 65 metrach kwadra- > towych rzekomych komór gazowych w Oświęcimiu I i na 210 metrach kwadrato-wcyh > rzekomych komór gazowych w Brzezince. Te 275 metrów kwadratowych winny byly być > > zbadane bezpośrednio po wojnie przez sądowego biegłego z ini-cjatywy Aliantów > [np.prowadzących sądy norymberskie - przyp. tłum.], ale takie badanie nigdy nie > > zostało przeprowadzone, ani wtedy ani później. Polski urzęd-nik sądowy Jan Sehn > > nakazał kilka badań sądowych w Oświęcimiu, lecz nigdy samych rzekomych komór > gazowych. > > Badania rewizjonistów wykazały, że lokacje mające jakoby być gazowymi komorami > egzekucyjnymi nie mogły być użyte do takiego celu. Ditlib Felderer opublikował > fotografie wskazujące na wiotkość konstrukcji wentylatorów i drzwi i brak > śladów niebieskiego gazu pruskiego [Prussian blue] na ścianach. W 1975 roku > odkrylem w archiwach Państwowego Muzeum w Oświęcimiu (archiwach dobrze > strzeżonych przez komunistyczna władze) plany owych rzekomych komór gazowych i > byłem pierwszym, który opublikował je w różnych książkach i artyku-łach. Plany > te również zostały pokazane na pierwszym zgromadzeniu Instytutu Przeglądu > Historycznego (Institute for Historical Review) w Los Angeles w 1979 roku, > kiedy Pan Zündel był obecny. W rzeczywistości te rzekome komory gazowe były > kostnicami, czyli, według planów, "Leichenhalle" [trupiarnia - niem.] dla Kre- > matorium I (później zamienioną na schron przeciwpożarowy) i "Leichenkeller" > [trupiarnia piwniczna - niem.] dla Krematorium II. > > c.d. poniżej
Artykuly tylko artykulami pozostana,a historia , historia niestety ! LUDZIE nigdy jej nie zapomna...
|
NIE CENZURA, ALE 4 LATA WIEZIENIA ! Strona 2 z 3
Poprzedniego dnia dyrektor Stanowego Więzienia Missouri, Bill Armontraut, zeznawał objaśniając procedury i praktyczne operacje komory cyjankowej. Stało się jasne dla każdego uważnego słuchacza, że skoro jest tak trudno przeprowadzić egzekucję na jednej osobie w ten sposób, to przeprowadzenie rzekomych egzekucji na tysiącach osób przez Niemców przy użyciu cyklonu B byłoby równe kwadraturze koła.
Po zeznaniach Freda Leuchtera przyszedł dr James Roth - doktor filozofii z Cornell Univesity i dyrektor Alpha Analitical Laboratories w Ashland w stanie Massachusetts. Dr Roth składał raport z analizy probek pobranych ze ścian, podłóg, sufitów i innych konstrukcji wewnątrz rzekomych komór gazowych w Oświęcimiu I i Brzezince. Testy te bądź to nie wyjawiły żadnych śladów cyjanku, bądź też skrajnie niski ich poziom. Jedynym wyjątkiem była próbka numer 32 pobrana z Odwszawialni Nr 1 w Brzezince. Rezultaty te były przedstawione graficznie w Apendyksie I Raportu i pokazane jury przez epidiaskop. Różnica odkrytego cyjanku między odwszawialnią z jednej strony, a rzekomymi komorami gazowymi, była sensacyjna. Skrajnie niskie poziomy cyjanku znalezione w niektórych krematoriach pochodziły zapewne, wedlug mojej opinii, z dezinfekowania pomieszczeń podczas wojny.
Myślę, że ja byłem pierwszym, który wskazał na to, że wszystkie badania rzekomych niemieckich gazowych komor egzekucyjnych, mających jakoby używać cyklonu B, powinny być prowadzone adhezyjnie z badaniami amerykańskich gazowych komór egzekucujnych. Ja zacząłem indygacje w tej sprawie już w 1977 roku z pomocą mojego amerykańskiego przyjaciela, Eugene-a C. Bruggera, prawnika z Nowego Jorku. Podczas tego badania otrzymałem informacje od sześciu amerykańskich więzień: San Quentin w Kaliforni, Jefferson City w Missouri, Santa Fe w Nowym Meksyku, Raleigh w Północnej Karolinie, Baltimore w Maryland i Florence w Arizonie. Wówczas doszedłem do niechybnego wniosku, iż tylko ekspert w amerykańskiej technologii może ostatecznie rozstrzygnąć, czy rzekome niemieckie gazowe komory egzekucyjne miały zdolność użycia ich jak opisano w literaturze holocaustowej.
Podczas następnych kilku lat moje artykuły o niemieckich komorach gazowych zawsze powoływały się na amerykańskie komory gazowe. Artykuły te obejmowa- ły: "Pogłoski o Oświęcimiu albo kwestii komór gazowych", opublikowanym 29 grudnia 1978 we francuskim dzienniku Le Monde, oraz długi wywiad opublikowa-ny w sierpniu 1979 we włoskim periodyku Storia Illustrata. We wrześniu 1979 odwiedziłem komory gazowe w Baltimore w stanie Maryland i otrzymałem tam osiem fotografii komory i dodatkową dokumentację. Wtedy, podczas spotkania w New York City pod przewodnictwem Fritza Berga, pokazałem Listę Kontrolną Procedury Komory Gazowej (Gas Chamber Procedure Check Sheet) więzienia w Baltimore i przedyskutowałem wnioski jakie z niej wynikają. W 1980, w pierw-szym wydaniu nowo powstałego Journal of Historical Review, opublikowalem artykuł pt.: "Mechanika gazowania", w którym opisałem w niektórych szczegółach procedury gazowania używane w Stanach Zjednoczonych. Tego samo roku opu- blikowałem w "Verite Historique ou Verite Politique?" osiem fotografii komory gazowej w Baltimore. Moje video zatytułowane: "Kwestia komór gazowych" ("The Gas Chamber Problem") zrealizowane w 1982 roku zaczyna się analizą amerykańskich komór gazowych.
W 1983 przygotowałem dla Insitute for Historical Review w Los Angeles książkę w języku angielskim o kontrowersji holocaustowej, która zawierała po raz pierw- szy listę pytań zadanych naczelnikom więzień i ich odpowiedzi. Książka wszakże nigdy nie została opublikowana: 4 lipca 1984, w dzień amerykańskiego Świeta Niepodległości, Independence Day, archiwa Instytutu zostaly zniszczone przez podpalenie. Pożar ten, zgodnie z jego zamierzeniem i celem, zniszczył finansową podstawę Instytutu, a liczne projekty, włącznie z moją książką, zostały poniechane.
“Holocaust” okazał się przedmiotem o gigantycznych rozmiarach. Jednakże ten "olbrzym", jak dr Arthur Butz wykazał w swoim "Największym oszustwie XX. stulecia" ("The Hoax of the Twentieth Century"), ma nogi z gliny. Żeby zobaczyć te nogi z gliny wystarczy tylko udać się do Obozu Koncentracyjnego w Oświęci- miu w Polsce. Według słów dra Wilhelma Staeglicha: "Twierdzenie o ekstermina- cji stoi albo upada wraz z pomówieniami, iż Oświęcim był 'fabryką śmierci' ". Dla mnie zaś cała tajemnica Oświęcimia skoncentrowała się na 65 metrach kwadra- towych rzekomych komór gazowych w Oświęcimiu I i na 210 metrach kwadrato-wcyh rzekomych komór gazowych w Brzezince. Te 275 metrów kwadratowych winny byly być zbadane bezpośrednio po wojnie przez sądowego biegłego z ini-cjatywy Aliantów [np.prowadzących sądy norymberskie - przyp. tłum.], ale takie badanie nigdy nie zostało przeprowadzone, ani wtedy ani później. Polski urzęd-nik sądowy Jan Sehn nakazał kilka badań sądowych w Oświęcimiu, lecz nigdy samych rzekomych komór gazowych.
c.d. poniżej
|
Raport o polskiej niewiedzy
Bardziej niedouczeni niż polskie nastolatki są tylko Grecy i Portugalczycy
Międzynarodowy Program Oceny Umiejętności Uczniów (PISA), pod auspicjami OECD - Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju - badał przez ostatnie trzy lata kompetencje 15-latków w trzech obszarach wiedzy: rozumienia tekstu, myślenia matematycznego i myślenia naukowego. Umiejętności, których autorzy badania oczekują od uczniów, określone zostały nie tyle przez programy szkolne, co przede wszystkim przez potrzeby współczesnego społeczeństwa. W pierwszym cyklu badań brało udział około 265 tys. uczniów z 32 państw (wszyscy członkowie OECD oraz Rosja, Łotwa, Lichtenstein i Brazylia). Polskie nastolatki znalazły się w trzeciej dziesiątce. Wielu uczniów, zwłaszcza ze szkół zawodowych i technicznych, uzyskało bardzo niskie wyniki. Stanisław Drzażdżewski z Departamentu Strategii i Rozwoju Ministerstwa Edukacji Narodowej przestrzega: "Według autorów badania, uczniowie, którzy otrzymali wyniki wyraźnie poniżej przeciętnej, będą mieli problemy z radzeniem sobie w życiu". Najwyższy poziom umiejętności czytania wymagał wyszukania ukrytej informacji w trudnych tekstach, wykazania się dokładnym rozumieniem tekstów, a także umiejętności ich krytycznej oceny. Poradziło sobie z tym zaledwie 5,9% polskich uczniów (9,4% w całym obszarze OECD). Z kolei najniższa ocena oznacza, że uczeń był w stanie jedynie wyszukać pojedyncze informacje i określić ogólną tematykę tekstu. Poziom ten osiągnęło 14,6% polskich uczniów (OECD - 12,1%). Uczniowie, którzy nie osiągnęli nawet tego poziomu, potrafią czytać w ściśle technicznym znaczeniu tego słowa, natomiast nie są w stanie, czytając, zdobywać informacji. Do tej kategorii zalicza się 8,7% uczniów w Polsce (6,2% w OECD). Charakterystyczna dla polskich wyników jest przepaść pomiędzy liceami ogólnokształcącymi a zasadniczymi szkołami zawodowymi. Na przykład na łącznej skali rozumienia tekstu 80% uczniów LO osiągnęło wysoki lub najwyższy poziom, co udało się zaledwie 3% uczniów ZSZ. Zaś prawie 40% uczniów ZSZ to funkcjonalni analfabeci. Myślenie matematyczne jest kolejną słabą stroną polskiej młodzieży. Nasi uczniowie osiągnęli średnią 470 punktów, wyraźnie poniżej średniej ogólnej wynoszącej 500 punktów. Wynik Polski jest co prawda lepszy od wyniku Grecji (447) i Portugalii (454), daleko mu jednak do krajów osiągających najlepsze rezultaty: Japonii (557 punktów) czy Finlandii (536). "Licea, czyli ten "ciągnący" nas w górę typ szkół, mają więcej uczennic niż uczniów. Dziewczęta lepiej radziły sobie w czytaniu i myśleniu naukowym niż chłopcy, ale w przypadku matematycznego myślenia wypadły gorzej", potwierdza Stanisław Drzażdżewski. Kolejną piętą achillesową Polaków jest umiejętność myślenia naukowego - wykorzystywania wiedzy o charakterze naukowym przy rozwiązywaniu problemów. Polscy uczniowie osiągnęli tu średnio 483 punkty, podczas gdy np. Japończycy - 550, Finowie - 538, a Węgrzy - 496. W tyle za nami zostały znów Portugalia i Grecja. Wyniki polskich uczniów wywołały alarm w mediach. Jednak, zdaniem Stanisława Drzażdżewskiego, należy zachować dużą ostrożność, interpretując te wyniki: "Program PISA nie bada samej wiedzy. Nasi uczniowie wypadliby wtedy dużo lepiej. PISA koncentruje się na tym, jak nabyta wiedza jest przetwarzana i stosowana. Polskie szkolnictwo - wiele szkół stara się to zmienić - oparte jest na przestarzałym systemie odtwarzania wiedzy i nie uczy samodzielnego rozwiązywania problemów". Ponadto Polska jest krajem relatywnie ubogim w porównaniu do innych biorących udział w badaniu: PKB na mieszkańca wynosi w Polsce zaledwie 39% średniego PKB krajów biorących udział w badaniu, a wielkość nakładów na edukację jednego ucznia - 37%. Nie jest jednak regułą, że bogate państwa osiągają świetne wyniki - dla przykładu Niemcy i Włochy wypadły poniżej średniej, zaś dochód krajów, które wyprzedziliśmy, jest o wiele wyższy niż u nas. Wyniki osiągane przez polskie szkoły w niewielkim stopniu zależne były od takich czynników jak ich wyposażenie, kwalifikacje nauczycieli czy liczba uczniów przypadająca na jednego nauczyciela. Zdaniem autorów badania, fakt, że pewne państwa osiągnęły lepsze, a inne gorsze wyniki, nie przekłada się bezpośrednio na ocenę sprawności ich systemów edukacyjnych. W przeprowadzonych pół roku wcześniej badaniach wiedzy obywatelskiej polscy uczniowie byli jednymi z najlepszych na świecie. Główne źródła zróżnicowania leżą poza szkołą - w środowisku domowym uczniów, ich pochodzeniu społecznym, wykształceniu rodziców i dostępie do dóbr kultury. Można więc powiedzieć, że to raczej szkoły są dobre, ponieważ mają dobrych uczniów, niż uczniowie osiągają dobre wyniki dzięki temu, że chodzą do dobrych szkół. "Powinniśmy koncentrować się na zmianach w kolejnych latach badań, a nie na samych wynikach", mówi Drzażdżewski. - Za trzy lata wszyscy polscy respondenci będą się uczyć w jednym rodzaju szkoły, w gimnazjum". To na pewno wpłynie na wyniki. Poza tym mamy młodzież bardzo ambitną - w ciągu dekady odsetek osób kończących szkołę maturą wzrósł z 45 do 71%, a odsetek studiujących - z 10 do 40%. Tym możemy się chwalić.
Karolina Monkiewicz
|
|